Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Popularyzować naukę? Tak! Ale jak?

Zdjęcie ilustracyjne

W roku popularyzacji nauki tytułowe pytania powraca ze zdwojoną siłą. Przyznam szczerze, że zadaję je sobie od... kilkudziesięciu lat. Tak się bowiem złożyło, że kultura oraz nauka stały się moimi „specjalnościami” w prasie, radiu. Zebrało mi się zatem przez te lata sporo doświadczeń i refleksji, niekoniecznie pozytywnych. A zatem: do dzieła!

W istocie rzeczy nauka, przynajmniej dla mnie, nie jest zimnym mechanizmem pojęć ani suchą księgowością faktów, jak chcieliby niektórzy jej gorliwi kapłani. Jest ona raczej ogrodem – nieco zaniedbanym, pełnym dzikich ścieżek, gdzie między krzewami wzorów i drzewami teorii przebłyskują nagle nieoczekiwane kwiaty zachwytu. I właśnie ten zachwyt, ten moment drgnienia, kiedy umysł styka się z czymś większym od siebie, stanowi prawdziwe jądro nauki. Popularyzować naukę to znaczy więc nie tyle tłumaczyć, ile przywracać zdolność zdumienia.

Współczesny świat, nasycony informacją, zdaje się cierpieć na osobliwą chorobę: nadmiar wiedzy połączony z niedostatkiem rozumienia. Fakty krążą jak drobne monety, przechodząc z rąk do rąk, lecz rzadko kto zatrzymuje się, by zapytać o ich sens. W tej sytuacji popularyzator nauki przypomina nie tyle nauczyciela, ile przewodnika po ruinach dawnej świątyni – musi wskazać, gdzie były filary, gdzie sklepienie, gdzie miejsce, w którym człowiek czuł się częścią większego porządku.

Jak więc tego dokonać?

Przede wszystkim należy odrzucić złudzenie, że wiedza przemawia sama przez się. Nie przemawia. Jest jak instrument pozostawiony w kącie – milczy, dopóki ktoś nie wydobędzie z niego dźwięku. Popularyzator musi stać się muzykiem tej wiedzy, odnajdując w niej rytm, napięcie i harmonię. Oznacza to opowiadanie historii. Każda teoria ma swoje dramaty, każdy eksperyment swoje ryzyko, każda hipoteza swój moment niepewności. Nauka zaczyna żyć dopiero wtedy, gdy ujawnia swoją ludzką twarz.

Nie mniej ważna jest metafora – to ona buduje most między tym, co znane a tym, co obce. Umysł nie przyswaja abstrakcji bez oporu; potrzebuje obrazów, które może uchwycić. Gdy mówimy o atomach, nie mówimy przecież o punktach matematycznych, lecz o małych układach, o miniaturowych światach, o tańcu cząstek. Metafora nie jest zdradą nauki, jak twierdzą jej przeciwnicy – jest jej pierwszym językiem.

A jednak istnieje tu pewne niebezpieczeństwo. Zbyt łatwe obrazy mogą spłaszczyć rzeczywistość, uczynić ją zbyt prostą, a przez to fałszywą. Popularyzacja wymaga więc subtelnej równowagi: trzeba upraszczać, lecz nie czynić prostackim; rozjaśniać, lecz nie oślepiać światłem banału. To sztuka, która wymaga nie tylko wiedzy, ale i wyczucia.

Kolejnym elementem jest emocja. Nauka, wbrew stereotypom, jest głęboko emocjonalna – pełna napięcia, niepewności, radości odkrycia i frustracji błędu. Wiem o tym doskonale każdy prawdziwy naukowiec, lecz nie wie już „naukawiec” (tego pojęcia używał jeden z moich wykładowców z czasów studiów). Jeśli pozbawimy ją tego wymiaru, pozostanie jedynie szkieletem. Popularyzator powinien więc nie bać się mówić o pasji, o zachwycie, o chwilach zwątpienia. To właśnie one sprawiają, że odbiorca rozpoznaje w nauce coś bliskiego sobie.

Jak tłumaczenie poezji

Nie można również zapominać o języku. Język nauki bywa hermetyczny, gęsty, pełen terminów, które zamiast otwierać – zamykają. Popularyzacja nie polega jednak na całkowitym usunięciu tego języka, lecz na jego przełożeniu, na stworzeniu równoległej narracji, która zachowuje sens, lecz zmienia formę. To trochę jak tłumaczenie poezji: nie da się oddać wszystkiego, ale można ocalić istotę.

Miałem ten zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w toruńskich festiwalach nauki i sztuki od samego początku. Dziś te festiwale wrosły już w pejzaż Torunia, Bydgoszczy, ale gdy się wówczas rodziły wiele rzeczy nie było oczywistych. Pytałem wtedy organizatorów o to, co jest dla nich najtrudniejsze. I najczęściej otrzymywałem taką oto odpowiedź: niechęć naukowców. Wielu bowiem na propozycję wygłoszenia prelekcji, otwartego wykładu (ale dla niewtajemniczonych ludzi „z miasta”), udziału w pokazach nie kwapiło się do wykonania takiego zadania. – A po co mi to? Koledzy z wydziału będą się śmiać, że upraszczam, trywializuję naukę. Mam swoich studentów, doktorantów. To mi wystarczy – takie bywały reakcje. Na szczęście to się zmieniło, a dziś zdecydowana większość kadry naukowej czuje, że popularyzacja nauki to wręcz obowiązek.

Łatwe pokusy

Istotną rolę odgrywa także medium. Dawniej były to książki i wykłady, dziś dochodzą do tego filmy, podcasty, krótkie formy wizualne. Każde z nich narzuca własny rytm i ograniczenia. Dobry popularyzator rozumie te formy i potrafi wykorzystać ich potencjał, nie tracąc przy tym głębi. Nie chodzi o to, by nauka stała się rozrywką, lecz by nie była od niej oddzielona murem. I ten dobry popularyzator będzie wiedział, gdzie jest granica między naukowym show a pseudonaukowym kabaretem. To trzeba czuć, mieć we krwi, nie ulegać łatwym pokusom, które sprawią, że wyeksponujemy niewiele znaczący dla całości detal (ale iście sensacyjny – przynajmniej w naszym mniemaniu), a poświęcimy logikę całości.

Wreszcie – i być może to najważniejsze – popularyzacja nauki wymaga pokory. Świat jest bardziej złożony, niż potrafimy go opisać, a każda odpowiedź rodzi nowe pytania. Pokazanie tej otwartości, tej nieukończoności wiedzy, jest jednym z najcenniejszych darów, jakie można ofiarować odbiorcy. Nauka nie jest zbiorem zamkniętych prawd, lecz procesem – nieustannym ruchem ku lepszemu rozumieniu.

Popularyzować naukę to więc nie tylko przekazywać informacje. To zapraszać do wspólnej wędrówki, do uczestnictwa w przygodzie poznania. To budzić w drugim człowieku tę cichą, lecz uporczywą ciekawość, która nie daje spokoju, która każe pytać i szukać. Bo ostatecznie nauka zaczyna się nie od odpowiedzi, lecz od pytania – i to pytanie niczym ziarno, jeśli zostanie właściwie zasiane, potrafi rosnąć długo, nawet w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

Click to zoom the picture. Click to zoom the picture.