Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Kasta jazzowa

obrazek: fot.Tomasz Dorawa]
fot. Tomasz Dorawa

Ze Zbigniewem Namysłowskim, jednym z ojców-założycieli polskiego jazzu, rozmawia Maurycy Męczekalski.

– Zbyszku, w tym roku obchodzisz piękny jubileusz – 80. urodziny, serdeczne gratulacje i przy okazji pytanie o Twoje jazzowe początki.

Najpierw był fortepian i wiolonczela, później puzon i dixieland. Skąd wziął się saksofon i jazz nowoczesny w Twoim życiu

– Właśnie z tego powodu, że chciałem grać jazz nowoczesny. Na puzonie grałem wyłącznie jazz tradycyjny i miałem te wszystkie triki nowoorleańskie, różne glissanda i tak dalej. To wszystko nie nadawało się do tego, żeby stosować w jazzie nowoczesnym, więc musiałem, chcąc nie chcąc, szukać jakiegoś wyjścia i tak padło na saksofon.

– No właśnie, przy okazji pytanie o sopranino, jeden z saksofonów, na których grasz. To dość rzadko używany saksofon. W zasadzie mogę stwierdzić, że w ciągu prawie 20 lat istnienia naszego festiwalu (Od Nowa Jazz Festival - przyp. red.) nikt poza Tobą nie grał na tym instrumencie. Jak to się stało, że grasz na sopranino i jakie nowe możliwości daje ten instrument?

– Przede wszystkim gra się w innej skali. To jest najmniejszy saksofonik, jaki istnieje, stroi najwyżej. Udało mi się kiedyś zdobyć bardzo dobry instrument. To jest Zelmeer. Pewnie na innym bym niechętnie grał, ale ten jest świetny. Mogę na nim nie ćwiczyć pół roku i biorę go do ręki i on gra zawsze pięknie. To jest naprawdę niesamowite (śmiech).

– A w jaki sposób go zdobyłeś?

– Kupiłem go na Węgrzech. Zobaczyłem go w sklepie i patrzę, coś to takiego małego stoi. Poszliśmy tam z jednym dziennikarzem węgierskim i on zagaił sprzedawczynię, że jest tu muzyk z Polski, który chciałby to kupić. I udało się. Ten saksofonik zamówił jakiś popowy muzyk węgierski i nie odebrał go. Instrument stał sobie tak na wystawie jako eksponat i nie był w ogóle przeznaczony na sprzedaż. Ta pani ze sklepu długo zastanawiała się, za ile go sprzedać. Pamiętam, że za grosze go kupiłem. Więc był to kompletny przypadek. Czasem trzeba mieć po prostu szczęście, żeby zdobyć dobry instrument.

– W roku 1964 zostałeś pierwszym Polakiem, który nagrał płytę jazzową na Zachodzie. Była to „Lola” wydana przez legendarną firmę Decca. Było to wtedy wielkie wydarzenie dla polskiego jazzu. Jak to się stało, że polski muzyk w tamtym czasie, właściwie tuż po okresie „katakumbowym”, wydał płytę w tak prestiżowej wytwórni?

– Wiesz, że było to wydarzenie, okazało się dopiero potem. Mieliśmy wtedy trzy długie trasy koncertowe w Anglii. W trakcie jednej z tras, po koncercie przyszedł do nas przedstawiciel firny Decca z propozycją nagrania płyty. Pamiętam, że on przyszedł nawet nie do mnie, tylko do Romana Waschko (znany dziennikarz muzyczny i popularyzator jazzu - przyp. M.M.), który wtedy był z nami. I Waschko to wszystko dogadał. A dogadał tak, że on chyba najwięcej pieniędzy wtedy wziął (śmiech), a my grosze jakieś. W każdym razie udało się nagrać tę płytę i my oczywiście nie żałujemy tego wcale.

– Pamiętam jak przyjechałeś kiedyś na koncert do „Od Nowy” busem marki peugeot. To były lata 90. A jak wyglądały trasy w latach 60. ubiegłego wieku, w „głębokim PRL-u”? Czym jeździliście na koncerty w tamtych czasach?

– Zawsze jeździliśmy samochodami. My byliśmy, uczciwie mówiąc, uprzywilejowaną kastą ludzi, którzy wyjeżdżali na Zachód bez żadnego problemu. Nasze paszporty zawsze były w Pagarcie, a nie w MSW, w związku z tym, kiedy chcieliśmy, kiedy mieliśmy jakąkolwiek propozycję z zagranicy to te paszporty nam dawali, ponieważ my im jeszcze płaciliśmy za to. Płaciliśmy 10 procent, ale dzięki temu bywaliśmy ciągle na Zachodzie. Jak tam dowiedzieli się, grałem wtedy dużo z Trzaskowskim, że zespoły zza „żelaznej kurtyny” grają jazz, to dla nich było to wręcz sensacyjne zupełnie, więc chętnie nas zapraszali i dużo graliśmy wtedy

– Jechaliście busem z Polski do Anglii czy lecieliście samolotem, a tam dopiero pożyczaliście samochód?

– Samolotem, tam wypożyczaliśmy samochód.

– A w Polsce jakimi samochodami, jakimi markami jeździliście w tamtych latach?

– Początkowo jeździliśmy osobówkami. Pierwszym był volkswagen „garbus,” drugim ford taunus. Dopiero jak miałem zespół Air Condition, postanowiliśmy kupić busa. To znaczy ja postanowiłem. To był mercedes 407 d – diesel, który w środku umeblowaliśmy. Były tam nawet łóżka, lodówka i można było umyć ręce. Komfort jak w camperze, ale to nie był oczywiście camper, tylko normalna buda, do której dorobiliśmy nawet okna. Wtedy sporo jeździłem, ale podróż nim, to była mordęga, bo on jechał 80 km na godzinę i o wyprzedzaniu nie było w ogóle mowy. Później miałem kolejne busy: ford transit, peugeot, potem volkswageny. Zresztą różnie się wtedy podróżowało, pociągi nie były wykluczone, a nawet samoloty. Zawsze największy problem był z transportem kontrabasów.

– Brałeś udział w nagraniu legendarnej płyty „Astigmatic” Quintetu Krzysztofa Komedy, z udziałem miedzy innymi Tomasza Stańko i Rune Carlssona. Jak się spotkaliście z Komedą i jak doszło do nagrania tej płyty?

– Ja co prawda nigdy nie grałem w zespole Krzysztofa, ale bardzo często brałem udział w różnych nagraniach jego muzyki - etiud baletowych, jazzu i poezji itd. Krzysztof dużo takich rzeczy różnych robił wtedy, dziwnych jak na te czasy. Byliśmy bardzo zgrani, więc to była normalna kolej rzeczy, że mnie wziął, żeby zagrać ten koncert, bo to był koncert i płyta.

– Była to raczej jednorazowa współpraca z Komedą przy tej płycie ?

– W moim przypadku tak. Natomiast Stańko i Rune Carlsson grali później regularnie z Krzysztofem. To ja byłem na doczepkę. Dla mnie to był raczej epizod.

– Już pewnie kilkanaście razy zapraszałem Cię do Torunia i prawie za każdym razem przywoziłeś innych pianistów. W Twoim zespole grali m.in. Leszek Możdżer, Krzysztof Herdzin, Artur Dutkiewicz. Czy pamiętasz wszystkich swoich pianistów i potrafisz ich wymienić po kolei? Twój obecny pianista Sławek Jaskułke gra z Tobą najdłużej?

– Oczywiście, że pamiętam. Sławek faktycznie gra ze mną najdłużej. Gra cały czas. To już chyba 15 lat.

– Zawsze miałeś dobrą rękę do pianistów. W jaki sposób ich wybierasz?

– Wiesz, różnie to bywało. Czasami zdarzały się jamy na trasach. Tak Leszka w Gdyni wypatrzyłem. Z Herdzinem grałem koncerty, które organizował Jacek Pelc. On zaprosił mnie i Herdzina do zespołu. Graliśmy z Herdzinem i bardzo mi się spodobał. Ściągałem ich potem do Warszawy i graliśmy razem.

– Czerpiesz dużo z muzyki ludowej, nagrywałeś z góralami, jedną z Twoich najważniejszych płyt jest „Kuyaviak Goes Funky”, ale nagrywałeś również Mozarta. Jakie są Twoje zainteresowania muzyczne poza jazzem? Czego słucha Zbigniew Namysłowski w wolnych chwilach?

– Nie słuchałem specjalnie Mozarta, miałem obrzydzenie do tej muzyki już od szkoły, bo tam trzeba było ciągle tłuc klasykę na fortepianie. Mozart mnie zupełnie nie interesował i to nie był mój pomysł, żeby to zrobić, tylko Wojtka Mrozka, klarnecisty, który z nami grał. On powiedział: „wiesz, ja już tyle lat gram ten koncert klarnetowy Mozarta, więc może by to zrobić jakoś inaczej, na jazzowo”. Ja to początkowo puściłem mimo uszu, ale potem on mi to przypomniał i wtedy zabrałem się do pracy i zaaranżowałem te rzeczy. Ale to było trochę wymuszone (śmiech).

– A Twoja przygoda z muzyką ludową? Muzyka ludowa Cię inspiruje?

– Zawsze tak było. Począwszy od lat szkolnych, kiedy śpiewaliśmy solfeż na lekcjach kształcenia słuchu. W książce do solfeżu był zbiór przeróżnych melodii i bardzo dużo było tam melodii ludowych, które wpadały nam w ucho i tak już zostało. Ja wychowałem się w Krakowie, bardzo często bywaliśmy w górach, więc też słuchałem górali i jakoś zaczęło się to we mnie zbierać. Kiedy już zacząłem komponować, moje pierwsze utwory od razu miały jakieś elementy góralskie albo ludowe.

– Komponujesz niezwykle skomplikowane rytmicznie i aranżacyjnie utwory. Uchodzisz za jazzowego matematyka. Czy widzisz relacje między muzyką i naukami ścisłymi?

– Muzycy przeważnie przejawiają zdolności do nauk ścisłych, do matematyki. Ja z polskiego byłem d…, z historii też, a z matematyki zawsze byłem dobry. Tak samo jest z moim synem Jackiem. Matematykę, informatykę ma w jednym palcu, chociaż nigdy tego nie studiował. Zależność między muzyką a matematyką absolutnie istnieje.

– Jakie wino lubisz?

– Białe.

– Bardzo dziękuję za rozmowę i jeszcze raz wszystkiego najlepszego.

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

 [fot.Tomasz Dorawa]