Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Dobry uniwersytet to także dobra matematyka (1)

obrazek: fot.Andrzej Romański]
fot. Andrzej Romański

Z prof. Danielem Simsonem, wybitnym matematykiem, wieloletnim dyrektorem Instytutu Matematyki, a później dziekanem Wydziału Matematyki i Informatyki UMK, laureatem wyróżnienia Convallaria Copernicana, rozmawia dr Joanna Karłowska-Pik

Panie Profesorze, Pana wczesne dzieciństwo przypadło na trudne lata II wojny światowej. Mimo tego zdobył Pan bardzo szybko wykształcenie i osiągnął znaczącą pozycję naukową.

– Urodziłem się w 1942 roku w czasie okupacji hitlerowskiej we wsi Małe Zajączkowo niedaleko Grudziądza. Ojciec i dziadek (po kądzieli) zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych, ojciec do Stuthoffu, dziadek do Oświęcimia, więc zostałem z babcią, mamą i jej pięcioma siostrami. W 1946 roku, po powrocie z obozu w Dachau, ojciec objął gospodarstwo rolne na tzw. Ziemiach Odzyskanych, nad Wisłą niedaleko Kwidzyna. Tam, we wsi Kaniczki, gdzie około połowę ludności stanowili analfabeci lub prawie analfabeci, od 1949 roku uczęszczałem do małej siedmioklasowej szkoły podstawowej o klasach łączonych. Po jej ukończeniu w 1956 roku rozpocząłem naukę w pięcioletnim liceum pedagogicznym w Kwidzynie z myślą, że będę krzewił oświatę na kwidzyńskiej wsi. Ukończyłem to liceum w 1961 roku jako wykwalifikowany nauczyciel wszystkich przedmiotów w klasach 1-7, łącznie ze śpiewem, wf, rysunkami, pracami ręcznymi itd. Było to bardzo dobre liceum z wysoce kompetentnymi nauczycielami języka polskiego i matematyki. Cenię je również dlatego, iż od 15. roku życia dwa razy w tygodniu prowadziliśmy lekcje wszystkich przedmiotów w szkole ćwiczeń. Najtrudniejsze dla mnie były lekcje wychowania fizycznego, rysunków i śpiewu. Warto dodać, że obowiązkowym przedmiotem w liceum była gra na skrzypcach. Teraz widzę jak bardzo moje wykształcenie pedagogiczne ułatwia mi pracę i kontakt ze studentami.

Planując swą przyszłość, pomyślałem, że zamiast pracy w szkole podstawowej lepiej będzie spełnić inne marzenie i skończyć jakieś studia wyższe zgodnie ze swymi zainteresowaniami. Najpierw zamierzałem studiować architekturę na Politechnice Gdańskiej, potem poważnie myślałem o studiach filozoficznych na UW w Warszawie, aż w końcu stwierdziłem, że najlepiej mieć jakiś zawód związany z wykształceniem pedagogicznym. Zdecydowałem, że po prostu będę nauczycielem matematyki i rozpocząłem w 1961 roku studia matematyczne na UMK. I tak to się zaczęło. Studia ukończyłem w 1966 roku, stopień doktora uzyskałem w 1970 roku, doktora habilitowanego w 1974 roku, a tytuł profesora w 1987 roku; wszystko na UMK w Toruniu.

Jaki był wówczas stan matematyki w Toruniu?

– Przypomnijmy, że po wojnie główne kierunki badań na UMK były tworzone przez profesorów, którzy przybyli z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Niestety, żaden uczony dużej klasy z przedwojennej polskiej szkoły matematycznej nie przyjechał do Torunia. Jedynym profesorem w Katedrze Matematyki był wówczas Stanisław Jaśkowski (rektor UMK w latach 1959-62), logik, przed wojną związany z prof. Łukasiewiczem z UW w Warszawie. Jego zastępcą był Leon Jeśmanowicz, który w 1945 roku uzyskał stopień doktora w Lublinie na podstawie rozprawy przygotowanej w Wilnie pod kierunkiem prof. Antoniego Zygmunda (doktor honoris causa UMK z 1973 roku; wyemigrował z Wilna do USA krótko przed najazdem Niemiec hitlerowskich na ZSRR), choć formalnym promotorem był prof. Juliusz Rudnicki, który przyjechał do Torunia z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, ale zmarł w 1948 roku. Zatem w latach czterdziestych i pięćdziesiątych stan matematyki toruńskiej nie napawał optymizmem.

Na szczęście dla nas, w 1951 roku Instytut Matematyczny Polskiej Akademii Nauk (IM PAN), zgodnie z uchwałami Pierwszego Kongresu Nauki Polskiej, opracował strategiczny program rozwoju głównych dziedzin matematyki polskiej, którego jednym z punktów był rozwój algebry, jako ważnego na świecie obszaru badań matematycznych, a jedynie śladowo reprezentowanego w Polsce, zarówno w okresie międzywojennym, jak i po drugiej wojnie światowej. Organizację ośrodka takich badań powierzono świeżo doktoryzowanemu logikowi Jerzemu Marii Łosiowi z Wrocławia, a jako ośrodek dla rozwoju algebry wybrano Toruń, gdzie w 1952 roku utworzono Oddział Toruński Instytutu Matematycznego PAN.

Oddział funkcjonował poza UMK, kierował nim dr J. Łoś, który zaangażował do badań absolwentów studiów I stopnia na UMK: Stanisława Balcerzyka, Edwarda Sąsiadę i Józefa Słomińskiego. Na studia II stopnia, do Wrocławia, Łoś wysłał Balcerzyka i Sąsiadę. Ukończyli tam studia magisterskie; pierwszy napisał pracę z analizy harmonicznej pod kierunkiem prof. Hartmana, a drugi z topologii pod kierunkiem prof. Knastera. J. Słomiński został w Toruniu jako pracownik Katedry Matematyki na UMK; był pierwszym doktorem wypromowanym przez Łosia, napisał doktorat z algebry uniwersalnej w 1958 roku. Balcerzyk i Sąsiada doktoryzowali się rok później w IM PAN pod kierunkiem Łosia z teorii grup abelowych.

J. Łoś przeniósł się z Torunia do Warszawy w 1961 roku. Oprócz swoich uczniów pozostawił w Toruniu trwały ślad w postaci algebraicznego seminarium naukowego Oddziału Toruńskiego IM PAN. W następnych kilku latach prowadzili je wspólnie Balcerzyk i Sąsiada, a od 1966 roku seminarium tym kierował Balcerzyk. W tamtym czasie, aż do późnych lat sześćdziesiątych, było to w zasadzie jedyne seminarium naukowe w Toruniu, dotyczące najnowszych osiągnięć współczesnej matematyki. Było organizowane w zasadzie poza Katedrą Matematyki UMK, choć uczestniczyło w nim, oprócz grupy doktorantów PAN (wśród nich był Andrzej Tyc, obecnie emerytowany profesor UMK, wojewoda toruński w latach 1990-92), także kilku młodych matematyków z UMK, w tym na szczęście i ja.

Bogata aktualna literatura matematyczna dostarczana systematycznie do Oddziału Toruńskiego przez IM PAN w Warszawie, seminarium naukowe prowadzone przez S. Balcerzyka i cykle wykładów monograficznych prowadzonych przez niego na UMK dla studentów sekcji teoretycznej, były dla nas głównym źródłem wiedzy o współczesnych badaniach matematycznych oraz kierunkach rozwoju matematyki, a przede wszystkim takich obszarów jak topologia algebraiczna, rozmaitości topologiczne i algebraiczne, algebraiczna teoria liczb, algebra homologiczna, teoria kategorii czy teoria pierścieni i modułów, ze szczególnym naciskiem na algebrę przemienną i jej związki z geometrią algebraiczną.

Jednym z efektów tych studiów były przygotowane pod kierunkiem S. Balcerzyka rozprawy doktorskie: moja, obroniona na UMK, oraz A. Tyca, obroniona w IM PAN w Warszawie. Obie dotyczyły problemów z pogranicza topologii algebraicznej i algebry homologicznej.

Ważnym elementem naszej edukacji matematycznej i rozwoju naukowego w tamtym czasie były kontakty ze środowiskiem moskiewskim Radzieckiej Akademii Nauk. Przypomnijmy, że wtedy w zasadzie nie można było wyjeżdżać na Zachód, ale w związku z umową o współpracy IM PAN z jego radzieckim odpowiednikiem możliwy był wyjazd do Instytutu Matematyki Uniwersytetu im. Łomonosowa w Moskwie. Tam na stażach naukowych przebywało kilku matematyków toruńskich. Tam też w 1961 roku prof. Sąsiada uzyskał w teorii pierścieni swój pierwszy wynik o znaczeniu międzynarodowym. Do dziś zresztą pierścienie, którymi się zajmował, w literaturze przedmiotu są nazywane pierścieniami Sąsiady.

Kto najbardziej Pana inspirował do badań matematycznych?

– Wydaje mi się, że taką osobą był E. Sąsiada, który namawiał do podjęcia pewnych badań, niektóre odradzał, ale często swoimi komentarzami inspirował do rozważania nowych problemów i śledzenia niezauważonych przez nas idei. Natomiast, prof. Balcerzyk był bardzo powściągliwy w doradzaniu. Nawet tematów prac doktorskich musieliśmy poszukać samodzielnie, z uwzględnieniem jego subtelnych sugestii i przy wykorzystaniu jego bardzo systematycznych, solidnych i eleganckich wykładów, które dostarczały bogatej aktualnej wiedzy ogólnomatematycznej. Natomiast widać było, że profesor nie starał się wpływać bezpośrednio na wybór tematyki badań i kierunki samokształcenia swoich uczniów.

Powiedziałem „musieliśmy poszukać”, bo mam na myśli Andrzeja Tyca i siebie. I w istocie największy wpływ na mój początkowy rozwój naukowy wywarł właśnie A. Tyc, z którym już w okresie studiów współpracowałem na forum Koła Naukowego Matematyków (wtedy ja byłem przewodniczącym Koła), studiując m.in. książkę Pontriagina o teorii grup topologicznych.

Po doktoracie A. Tyc spędził rok w Moskwie, nauczył się tam wielu nowych metod i teorii matematycznych, przywiózł pewną liczbę idei i potem uczył nas, młodych matematyków. Zorganizowaliśmy mu roczny wykład dla sekcji teoretycznej o grupach formalnych i algebrach Hopfa – a była to nowość. Na te wykłady chodził też prof. Balcerzyk, ucząc się tych nowych teorii.

Tak było krótko po naszych doktoratach, a potem każdy z nas zaczął szukać swojej drogi.

W tym czasie przy dużym udziale już nieżyjącego kolegi, dr. Romana Kiełpińskiego (1938-1987, uczeń prof. Sąsiady), zorganizowaliśmy seminarium naukowe - równoległe do PAN-owskiego - dotyczące dziedzin, które wcześniej nie były rozwijane w Toruniu: począwszy od teorii grup formalnych, geometrii algebraicznej, teorii algebr Hopfa, metod kategoryjnych w topologii i teorii liczb, aż do teorii liniowych reprezentacji kołczanów i algebr. Odbywało się ono w czwartki od 8:30 do 15:00 (!), a w zmodyfikowanej formie przetrwało do dziś. Zaangażowaliśmy do tej pracy sporą grupę młodych pracowników i studentów, m.in. Andrzeja Skowrońskiego, Zbigniewa Leszczyńskiego, Andrzeja Prószyńskiego, Jolantę Słomińską, Lecha Witkowskiego. Profesor Balcerzyk trochę się na nas za to oburzył, ale nie dlatego, że seminarium się odbywało, tylko dlatego, że on o nim nie wiedział. Każdy uczestnik, co dwa tygodnie wygłaszał choćby krótki referat naukowy. Nie zawsze były to referaty bardzo głębokie, miały raczej charakter samokształceniowy, ale, jak później się okazało, były bardzo owocne w skutkach.

Ja wtedy skoncentrowałem się na badaniu kategorii Grothendiecka, serwantnej półprostości, problemach Artina, teorii koalgebr, a także na innych teoriach matematycznych, nierozwijanych w Polsce do lat 70. Na ten temat przygotowałem w latach 1973-74 bardzo abstrakcyjną rozprawę habilitacyjną. Okazało się później, że jej wyniki dobrze wpisują się w nową dziedzinę zainspirowaną publikacjami P. Gabriela z 1971 roku, znaną dziś, jako teoria reprezentacji kołczanów i algebr.

Wtedy duży wpływ wywarły na mnie m.in. prace C. U. Jensena z Kopenhagi, P. Gabriela z Bonn, który wprowadził pojęcie kołczanu i wyjaśnił jego znaczenie, I. M. Gelfanda z Moskwy oraz prace M. Auslandera z USA o kategoryjnych aspektach teorii reprezentacji kołczanów. Zachęciłem do tej tematyki grupę swoich magistrantów oraz kilku magistrantów prof. Balcerzyka. Z czasem grupa pęczniała i zaczęła odnosić sukcesy naukowe na forum międzynarodowym. Niektórzy z jej członków są dziś wybitnymi, uznanymi na świecie profesorami.

Czy w tym czasie matematyka toruńska była już dostrzegana na świecie?

– Trzeba z przykrością stwierdzić, że w latach 60. i jeszcze na początku lat 70. osiągnięcia matematyków pracujących na toruńskim uniwersytecie nie były zauważalne. Mankament ten dostrzegał m.in. prof. Sąsiada, który krótko po powrocie z Moskwy wyjechał do Chicago, a potem, mimo niewątpliwych osiągnięć w teorii pierścieni nieprzemiennych, zdecydował się w latach 1964-65 zmienić tematykę stricte algebraiczną na problematykę z pogranicza teorii pierścieni operatorów w przestrzeniach Hilberta, teorii ergodycznej i teorii układów dynamicznych. W prywatnych rozmowach o matematyce sugerował nam, młodym algebraikom, różne nowe kierunki badań, ale my w zasadzie „poszliśmy innymi drogami”.

A czy władze uniwersytetu próbowały jakoś wspomagać rozwój badań matematycznych?

– W 1975 roku, rok po mojej habilitacji, ówczesny rektor UMK prof. Wiesław Woźnicki – fizyk, dostrzegając słabości matematyki na UMK oraz potrzebę jej szybkiego rozwoju, powierzył mi stanowisko dyrektora Instytutu Matematyki z misją naprawy tej sytuacji i przez cały okres swej kadencji wspierał finansowo i „etatowo” przedsięwzięcia Instytutu służące budowie pozycji naszej matematyki. Podobne wsparcie otrzymywaliśmy od rektorów kolejnych kadencji, a szczególnie od profesorów Ryszarda Bohra, Jana Kopcewicza oraz Andrzeja Jamiołkowskiego, którym gorąco dziękuję za wsparcie i pomoc w budowaniu wielkości toruńskiej matematyki. W realizacji tego projektu przyświecała nam prosta idea, że na dobrym uniwersytecie musi być dobra matematyka.

Trzeba z satysfakcją stwierdzić, że misja ta się powiodła. Dzięki zaangażowaniu licznej grupy matematyków zatrudnionych na UMK, jak też pracowników Toruńskiego Oddziału IM PAN i przy moim skromnym udziale, zdołaliśmy w okresie kolejnych 20 lat doprowadzić matematykę na UMK do wysokiego poziomu w skali Polski i dobrej rozpoznawalności na świecie.

Jednym z efektów tych zmagań było utworzenie w 1993 roku Wydziału Matematyki i Informatyki z uprawnieniami do nadawania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego. W rankingu Komitetu Badań Naukowych w pierwszych piętnastu latach nasz wydział otrzymywał kategorię A+, jako jedna z pięciu najlepszych instytucji matematycznych w Polsce. Obecnie tę wysoką pozycję staramy się utrzymać. Mogę z wielką satysfakcją stwierdzić, że mamy na UMK matematykę bardzo dobrą, a wiele naszych specjalności osiągnęło wysoki poziom światowy.

Jak można w skrócie opisać początki realizacji tej misji?

– Trzeba było stworzyć kilka silnych zespołów badawczych reprezentatywnych dla matematyki światowej, gdyż na początku lat 70., poza badaniami algebraicznymi i skromnymi badaniami z zakresu teorii sumowalności, prowadzonymi przez prof. Jeśmanowicza, nie było innych zauważalnych osiągnięć naszych matematyków.

Oczywiście jednym z takich nowych zespołów była grupa młodych matematyków skupiona wokół problematyki algebraicznej rozwijanej przez prof. Balcerzyka, do której należał m.in. Andrzej Nowicki, obecnie profesor zwyczajny na UMK. Drugim była grupa skupiona wokół kierowanego przeze mnie „seminarium czwartkowego”, w skład której wchodzili Andrzej Skowroński, Piotr Dowbor, a w późniejszym okresie Zygmunt Pogorzały, Stanisław Kasjan i Justyna Kosakowska; wszyscy dziś są profesorami. Trzecim zaś była tworzona wtedy grupa badawcza prof. Józefa Słomińskiego z algebry uniwersalnej, która zapoczątkowała badania nad zastosowaniami metod algebry uniwersalnej, logiki i teorii kategorii w informatyce, a głównie w algebraicznej teorii maszyn, automatów i języków formalnych.

Dzięki moim bardzo dobrym relacjom z prof. Sąsiadą i prof. Jeśmanowiczem udało się bez większego trudu namówić ich do udziału w tym ambitnym projekcie naprawy toruńskiej matematyki i stworzenia kolejnego zespołu badawczego. W efekcie prof. Sąsiada zorganizował drugie seminarium naukowe Oddziału IM PAN w Toruniu, poświęcone głównie teorii ergodycznej i teorii układów dynamicznych. Do pracy w tym zespole aktywnie włączyli się prof. Jeśmanowicz, członkowie jego Zakładu Analizy Matematycznej: Jan Kwiatkowski, Brunon Kamiński, Zbigniew Bobiński, Krystyna Parczyk i inni młodzi matematycy z UMK. Dwóch uczestników tego seminarium: Andrzeja Kłopotowskiego i Adama Jakubowskiego (obaj są dziś profesorami) wysłaliśmy na staże naukowe do Oddziału IM PAN w Sopocie, gdzie pod kierunkiem prof. Zbigniewa Ciesielskiego uczyli się teorii prawdopodobieństwa i stworzyli później (przy dużym udziale prof. Sąsiady) prężnie dziś działający probabilistyczny zespół badawczy, w skład którego weszli również obecni profesorowie Leszek Słomiński (doktorant prof. Sąsiady) oraz Andrzej Rozkosz.

Jako ciekawostkę przypomnijmy, że większość seminariów naukowych swego zespołu prof. Sąsiada organizował w piwnicznej kawiarni Zamkowa, wyposażonej wtedy w specjalną tablicę naturalnej wielkości, na której rozwiązywano przy użyciu kredy złożone problemy teorii ergodycznej; niektórzy mówili, że niekiedy wspomagano te zmagania napojami niskoprocentowymi. Wydaje się jednak, że to są złośliwe plotki. Najważniejsze, że w wyniku tych prac seminaryjnych powstały dobre rozprawy doktorskie, habilitacyjne i publikacje naukowe o poziomie światowym.

Co wtedy było najważniejsze?

– W miarę harmonijna współpraca i wspólny wysiłek całego środowiska. Dzięki temu udało się nam stworzyć w dość krótkim czasie (około 20 lat) silne zespoły badawcze zajmujące się aktualnymi i ważnymi problemami współczesnej matematyki. Ja, zostając dyrektorem Instytutu, byłem 34-letnim przedstawicielem najmłodszego pokolenia matematyków toruńskich. Udało mi się jednak zaangażować do tego przedsięwzięcia kilku uczonych już doświadczonych i przekonać - i ich, i pokaźną grupę młodych, że to da się zrobić! Jednym z haseł, które mi przyświecały, były słowa znanej piosenki: Nie jest sztuką zbudować nowy dom. Sztuką sprawić, by miał w sobie duszę. I w tej frazie jest w dużym skrócie zawarta prawda o naszej pracy organicznej w latach 1970-90.

Jednym z pierwszych strategicznych przedsięwzięć było odciążenie pracowników Instytutu od nadmiernych obowiązków dydaktycznych, które poważnie utrudniały prawidłowy rozwój naukowy, choć zauważalnie zwiększały miesięczne uposażenia pracowników. Problem był poważny, gdyż przeciętne roczne obciążenie dydaktyczne adiunktów i asystentów w tamtym okresie wahało się w granicach 300-460 godzin. Pamiętam, że w roku akademickim 1975/76 obciążenie dydaktyczne prof. L. Jeśmanowicza wynosiło 890 godzin, a prof. J. Słomińskiego – 760 godzin w skali roku.

Drugim poważnym problemem było stworzenie dobrych zespołów badawczych i wzmocnienie kadrowe Instytutu. Mówiłem już o tym wcześniej. Należy jedynie dodać, że w tamtym czasie, przy dużej pomocy władz rektorskich, zatrudniliśmy grupę młodych osób, które dziś tworzą nową jakość matematyki toruńskiej. Zatrudniliśmy obecnych profesorów Andrzeja Skowrońskiego (obecnie lider toruńskiej algebry, członek korespondent PAN), Adama Jakubowskiego (obecnie lider toruńskiej probabilistyki, dziekan Wydziału w latach 1999-2005), Mariusza Lemańczyka (obecnie lider toruńskiej grupy układów dynamicznych, dziekan Wydziału w latach 2006-2009), Leszka Słomińskiego, potem Zygmunta Pogorzałego, Piotra Dowbora, Stanisława Kasjana, Krzysztofa Frączka. Z zewnątrz przyszli Lech Górniewicz, Andrzej Rozkosz (dziekan Wydziału w latach 2009-2013), Wojciech Niemiro oraz Wojciech Kryszewski.

Szukaliśmy w całej Polsce kandydatów do zatrudnienia, którzy mogliby stworzyć nowe zespoły badawcze w obszarach deficytowych toruńskiej matematyki. Zadanie to było niesłychanie trudne i na tym polu przez pewien czas nie mieliśmy wielkich sukcesów. Na szczęście jeden ważny problem potrafiliśmy satysfakcjonująco rozwiązać: problem utworzenia silnego Zakładu Analizy Matematycznej, w tym zagospodarowania miejsca po prof. Jeśmanowiczu, który w 1984 roku przeszedł na emeryturę, a już dużo wcześniej nie prowadził matematycznych prac badawczych i skoncentrował się głównie na popularyzacji matematyki i pracy z uzdolnioną młodzieżą szkół ponadpodstawowych i podstawowych.

Dzięki pomocy prof. Romana S. Ingardena udało mi się namówić prof. Lecha Górniewicza, do przejścia z Gdańska (a właściwie ze Słupska) do Torunia; początkowo na pół etatu, a od 1984 roku na cały etat. Objął on kierownictwo Zakładu Analizy Matematycznej po prof. Jeśmanowiczu i stworzył w tej dziedzinie nową jakość w Instytucie Matematyki UMK. Prowadził zaawansowane wykłady i seminaria z zastosowań metod topologicznych w teorii równań różniczkowych i inkluzji różniczkowych, z teorii sterowania i dziedzin pokrewnych. W krótkim czasie wypromował grupę doktorów z tej tematyki, stworzył prężnie działający zespół badawczy publikujący bardzo wartościowe prace, głównie z analizy nieliniowej, zdobywający liczne granty i aktywnie włączający się w organizację naszego życia naukowego. Jednym z osiągnięć tego zespołu było utworzenie Centrum im. Juliusza Schaudera oraz utworzenie międzynarodowego czasopisma matematycznego „Topological Methods in Nonlinear Analysis”, zaliczanego obecnie do grupy najlepiej punktowanych czasopism matematycznych w Polsce.

Innym ważnym wzmocnieniem tej grupy było sprowadzenie w połowie lat 90. do Torunia z Politechniki Gdańskiej dr. Sławomira Rybickiego, który na UMK się habilitował, uzyskał tytuł profesora, utworzył od dawna oczekiwany przez nas Zakład Równań Różniczkowych, a od 2013 roku do dziś jest dziekanem naszego Wydziału. Ponadto wypełnił kolejną lukę w obszarach badań zwyczajowo wymaganych od wydziałów matematyki, stworzył już dziś dobrze działający zespół zajmujący się głównie zastosowaniem metod topologicznych w teorii równań różniczkowych.

Co zapewniło rozwój i jakość utworzonych wtedy zespołów?

– Główną ideą było to, co teraz dopiero odkrył i promuje minister Gowin – umiędzynarodowienie nauki. Wiedzieliśmy, że jeśli nie umiędzynarodowimy naszych badań, i nie będziemy śledzić tego, co się robi w Moskwie (w tamtym czasie była jednym z największych matematycznych ośrodków na świecie) czy w USA, Zachodniej Europie i Japonii, to nie osiągniemy sukcesu.

Zaczęliśmy wyjeżdżać na konferencje naukowe za granicę, nawiązywać współpracę naukową z aktywnymi grupami badawczymi na świecie, wysyłać młodych pracowników (a nawet studentów) do znanych ośrodków naukowych za granicą, w tym na stypendia Humboldta do Niemiec, a przede wszystkim zapraszać do Torunia wybitnych uczonych na semestralne (lub nieco krótsze) seminaria naukowe i wykłady. W początkowym okresie zapraszaliśmy matematyków głównie z Moskwy i Kijowa, nieco później w okresie ,,małego gierkowskiego otwarcia Polski na świat’’ – uczonych z Francji, Niemiec, Kanady, Meksyku, Japonii, USA i innych krajów. Mogliśmy się w ten sposób nauczyć nowych teorii, nowych idei oraz metodologii prowadzonych badań i jednocześnie w tej formie racjonalnie oddziaływać na rozwój uzdolnionych studentów. Na wstępne pozytywne wyniki tych działań nie trzeba było czekać zbyt długo, ale prawdziwe ich efekty zobaczyliśmy dopiero po latach.

Należy tu wyjaśnić, że w tamtym trudnym okresie izolacji Polski od Zachodu nawet wyjazdy na specjalistyczne konferencje naukowe do socjalistycznej NRD przynosiły duże korzyści poznawcze. Często, bowiem na te konferencje przyjeżdżali wybitni matematycy z Zachodniej Europy czy USA, dzięki czemu była możliwość zetknięcia się z nowymi kierunkami badań i zrozumienia nowych teorii matematycznych. Ja w ten sposób poznałem na początku lat 70. kilku światowej sławy profesorów: N. Jacobsona, B. Stentroma, S. Eilenberga, P. Hiltona i M. E. Sweedlera, co miało niewątpliwy wpływ na rozwój naukowy mój i moich doktorantów.

Przy tej okazji pragnę z sentymentem wspomnieć rektora prof. Ryszarda Bohra, biologa, który m.in. pomagał nam sfinansować przyjazdy gości zagranicznych oraz wspierał finansowo wyjazdy naszych młodych matematyków, nawet tych, którzy nie mieli jeszcze dorobku publikacyjnego. Podobnego wsparcia udzielali nam kolejni rektorzy UMK: prof. Jan Kopcewicz i prof. Andrzej Jamiołkowski. Rozumieli bowiem, że dobra matematyka, tak jak teologia czy Wydział Sztuk Pięknych na dobrym poziomie, są bardzo potrzebne na naszym porządnym uniwersytecie. Zatem należy tę dobrą pozycję matematyki ciągle umacniać i wspierać. Błędem byłoby myślenie, że jeśli matematyka jest dobra dziś, to już taka pozostanie. To tak samo jak z małżeństwem – trzeba je pielęgnować codziennie, a gdy się to zaniedba, to za kilka lat niewiele z niego może pozostać.

Dziękuję za rozmowę.

Drugą część wywiadu opublikujemy w kolejnym numerze Głosu Uczelni.

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

 [fot.Andrzej Romański]