Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

List z Paryża

obrazek: fot.nadesłana]
fot. nadesłana

Mija rok od Święta Uniwersytetu UMK – środa 19 lutego 2020 jest dla mnie nie do zapomnienia. Wtedy jeszcze nie przychodziło mi do głowy, że nasze życie będzie inne, i że w ciągu paru miesięcy nasza codzienność kompletnie zwariuje, począwszy od najmniejszych czynności domowych.

Ta pandemia spadła na nas jak miecz Damoklesa. Przecież przed wyjazdem do Polski na Święto Uniwersytetu słyszałam już o istnieniu jakiejś „grypy” w Chinach. W telewizji i w radiu już trochę mówiono, że w Wuhan panuje niepokojąca sytuacja sanitarna. Już w styczniu 2020 roku telewizja francuska podała wiadomość, że jeden z obywateli Francji, przyszły pacjent „zero”, mężczyzna pochodzenia chińskiego wrócił z misji handlowej z Wuhan z objawami grypy (kaszel, katar, stracił węch...), a zaledwie parę dni późnej 80-letni turysta chiński został hospitalizowany i zmarł po dwóch tygodniach leczenia w szpitalu w Paryżu. Nie podano jednak więcej szczegółów na temat tej przypuszczalnej „grypy”. Władze sanitarne nie brały śmierci turysty chińskiego na poważnie.

To był pierwszy alert

Wtedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że „grypa” zagraża także nam. Myśleliśmy, że dotyczy raczej tylko Chin, a ponieważ to daleki kraj, nikt się nie martwił. Opinia publiczna była prawie obojętna. Atmosfera beztroski rozgościła się. Wielu z nas myślało, że w Chinach zwykle panuje dużo tropikalnych chorób, które nie istnieją w Europie, wiec życie toczyło się normalnie – kina, restauracje, teatry, bary, muzea były otwarte, nie widziano żadnych powodów, ażeby coś ograniczać.

Nikt jeszcze nie mówił o konieczności noszenia maseczki, tym bardziej, że władze sanitarne same nie wiedziały, czy maseczki są potrzebne. Chciano zminimalizować problem, by uniknąć masowej paniki. To był chyba wielki błąd. Teraz już prawie rok żyjemy z pandemią i możemy się dziwić, że wtedy prawie wszyscy byliśmy tak naiwni. Po prostu nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich sytuacji, nasza czujność została uśpiona i zlekceważyliśmy niszczącą moc nowego wirusa.

Powrót do Paryża

Z dumą pokazałam Rodzinie i przyjaciołom moje zdjęcia z Polski, a zwłaszcza z uroczystości na UMK. Mogli poznać uroki pięknego miasta, jakim jest Toruń, oraz zobaczyć nasz Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Byli z tego zadowoleni i dumni ze mnie jako Ambasadorki UMK. Jak większość ludzi tutaj, nasi francuscy przyjaciele znają Polskę przede wszystkim z Solidarności i Wałęsy, więc pokazałam im też zdjęcia zrobione w gdańskim Muzeum Solidarności ECS.

Wracając myślami do uroczystości Święta Uniwersytetu 19 lutego 2020 roku, chciałabym podkreślić, że te momenty w Toruniu były dla mnie bardzo emocjonujące i ważne. Wyróżnienie mnie jako Ambasadorki UMK jest dla mnie wielkim zaszczytem i w związku z tym chciałabym zrobić coś dla naszego Uniwersytetu. Z wielkim optymizmem zabrałam się aktywnie do działania. Skontaktowałam się z jednym z uniwersytetów francuskich, który miałam okazję poznać parę lat temu, i z którym mam nadal przyjazny kontakt.

Miałam taką myśl, by znaleźć tam partnerów do ewentualnej współpracy między uniwersytetem francuskim i UMK. Po wymianie e-maili i zebraniu licznych kontaktów telefonicznych, wysyłałam Francuzom kilka dokumentów informacyjnych na temat toruńskiej uczelni, które otrzymałam podczas Święta Uniwersytetu od Kingi Nemere-Czachowskiej z Programu „Absolwent UMK” i od dr. hab. Piotra Rączki, prof. UMK, prodziekana Wydziału Prawa i Administracji. Byłam bardzo szczęśliwa, ponieważ okazało się, że uniwersytet francuski wyraził chęć rozmowy na temat podjęcia ewentualnej współpracy z UMK. Ciepło zrobiło mi się na sercu, że nareszcie mogę uczynić coś dla mojej byłej Uczelni. Traktuję to jako podziękowania za całą troskę i pomoc okazaną mnie i moim rodakom podczas naszych studiów.

Ze strony UMK dostałam miłe słowa pochwały i serdecznej zachęty. O ile wiem, to pierwsze formalne kroki w stronę podpisania umowy zostały już uczynione. Sprawa zapowiadała się pięknie, i to w najbliższej perspektywie. Ufałam, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Niestety, pandemia zawiesiła wszelkie nasze działania. Jednak wciąż mam nadzieję, że gdy tylko sytuacja sanitarna uspokoi się, wrócimy do dalszych formalności. Czyli po zaledwie trzech tygodniach od powrotu z Torunia do Paryża mój optymizm trochę zmalał.

Pandemia nikogo nie oszczędza...

... i rozpowszechnia się z dużą szybkością. Już w końcu lutego odkryliśmy, że w Wuhan sytuacja pogarsza się – są tam już setki tysięcy ludzi zakażonych, szpitale przepełnione, Chińczycy szybko budują szpitale z materiałów prefabrykowanych, nawet Armia Ludowa zmobilizowała się do pomocy. Te alarmowe informacje zmusiły nas do wysnucia wniosku, że epidemia już nie jest  „zwykłą grypą”, lecz mamy do czynienia z chorobą bardzo poważną i niezwykle niebezpieczną. Od tej chwili zaczęto używać terminu epidemia i nawet pandemia światowa.

W telewizji pokazano puste miasto Wuhan, na ulicach ambulanse przywożące chorych z różnych stron. Całe miasto opanował lęk, wielu ludzi zmarło, w sieci społecznościowej FB można było znaleźć obrazy dramatycznych aresztowań osób podejrzanych o zakażenie wirusem! Każdy kraj odrębnie decydował o wysłaniu samolotu sanitarnego do Wuhan, aby wywieźć stamtąd swoich obywateli do kraju.

Częstotliwość nadawania wiadomości w tych dniach nasilała się: w telewizji mówiono i pokazywano obrazy miasta Wuhan będącego pod ścisłą kwarantanną. Te surrealistyczne widoki nas straszyły, czuliśmy się tak, jakbyśmy żyli w jakimś utopijnym świecie. Jesteśmy coraz bardziej świadomi, że mamy do czynienia ze śmiertelnym wirusem, ale wciąż nie wiemy skąd pochodzi i jak go zwalczyć.

Skutek jest taki, że nie jesteśmy przygotowani. Z dnia na dzień pojawia się szereg problemów związanych z zapobieganiem rozprzestrzeniania się tego koronawirusa.

Wkrótce odczuliśmy pierwszy duży problem: brak maseczek i różnych materiałów medycznych, np. tlenu, środków do dezynfekcji w szpitalach. Nasi lekarze, pielęgniarki, personel medyczny są wyczerpani i boją się, że niedługo zabraknie łóżek dla pacjentów.

Ludzie zaczęli sami szyć maseczki, niektóre merostwa tworzyły małe warsztaty szycia maseczek. Wykupione zostało mydło w wielkiej ilości, papier toaletowy, w sklepach spożywczych widać było, że półki z niektórymi produktami podstawowej potrzeby są puste, ale na szczęście ta sytuacja była tylko tymczasowa. Atmosfera stała się dziwna i smutna. Ludzie zamknęli się w sobie. Około 15 marca w Europie zapanowała panika, zwłaszcza we Włoszech – pierwszym kraju, który miał tak ogromny bilans strat. Niektóre państwa zamknęły granice nie tylko z Chinami, ale również wewnątrz Europy. Był to poważny etap w walce o zapobiegania rozwoju wirusa.

Weszliśmy w poważną fazę

Czuliśmy się jak na wojnie, tylko w tym wypadku wróg był niewidoczny. Byliśmy smutni, że Włosi nie otrzymali zbyt dużo pomocy z innych krajów europejskich. A ten nowy koronawirus, jak zły duch, dalej szedł swoją okrutną drogą. Niestety, Europa jeszcze nie znalazła wspólnego rozwiązania problemu zapobiegania koronawirusowi. Ludzie zaczynali odczuwać coraz większy strach, ponieważ w telewizji codziennie podawano liczby zmarłych i zakażonych, przypadki śmierci w domach starców i wzrastający z dnia na dzień. Później doszli do wniosku, że umierają nie tylko osoby starsze i schorowane, ale również ludzie młodsi, zwłaszcza ci, którzy chorują na jakieś inne choroby.

Różne ogniska wirusa rozpowszechniły się na terenie całego kraju i w Europie, wobec czego Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że mamy do czynienia ze światową pandemią wirusa SARS-CoV2 lub COVID 19. Prawie cała Europa wprowadziła kwarantannę.

W tej chaotycznej sytuacji media informowały nas o wielu różnych opiniach naukowców i profesorów medycznych, specjalistów epidemiologów. Najgorsze w całej tej sytuacji było to, że oni sami nie zgadzali się między sobą. W rezultacie przeciętny obywatel gubił się w tych różnych teoriach. Natomiast różne teorie spiskowe kwitną coraz bardziej.

Jak wyrazić uczucia podczas obostrzeń?

Paryż, miasto znane na świecie z muzeów, kawiarni, restauracji, występów, koncertów, teatrów stało się puste. Starsi paryżanie porównywali zaistniałą sytuację ze wspomnieniem okupacji niemieckiej. Przerażająca cisza, przytłaczająca atmosfera. Tylko sklepy spożywcze były otwarte. Nie można było się ruszyć dalej niż kilometr od domu. Zamknięte było wszystko, nawet szkoły i uniwersytety.

Podczas kwarantanny pojawia się dużo problemów i konfliktów w gronie rodziny. Wyniki ekonomiczne już są widoczne – wielu ludzi traci pracę. Obawiamy się, że kryzys ekonomiczny będzie ogromny. Nie zapominajmy o ogromnym kryzysie społecznym, jakim jest stan psychiczny ludzi. Starsi są smutni i samotni, ponieważ nie widują swoich bliskich, młodzież zostaje bez kontaktów społecznych ze szkołą czy z uczelnią. Niektóre dzieci nie mają nawet obiadu, ponieważ stołówki szkolne są zamknięte.

Moi przyjaciele z Wietnamu, z którymi jestem w stałym kontakcie (zwłaszcza z naszą grupą K72 – byłymi studentami wietnamskimi UMK, którzy przyjechali do Polski w 1972 roku), bardzo nam współczują, bo słyszeli, jak szybko wzrasta liczba zakażonych oraz zmarłych w Europie i w Ameryce. Natomiast w Wietnamie do tej pory, według władzy, liczba ofiar nie przekroczyła 35/40 osób. Wygląda to dość dziwnie – na całym świecie, zwłaszcza w Europie i w Ameryce, mamy setki tysięcy osób zmarłych i miliony zakażonych, a w Azji pandemia jest doskonale opanowana.

Nawet w Chinach, kraju „kolebki koronawirusa”, podawane dane sugerują, że sytuacja już prawie została opanowana. Ten znak zapytania pozostaje do tej pory bez odpowiedzi i z tego powodu powstaje dużo wątpliwości. A w sieciach społecznościowych, takich jak Facebook, różne teorie krążą wokół tego tematu. Wiemy, że w krajach autorytarnych, komunistycznych nie ma wolności wypowiedzi, a prasa jest pod kontrolą państwa.

Po dwóch miesiącach ostrych obostrzeń, od 16 maja nareszcie nastąpiła wolność, ale wrażliwa i warunkowa, ponieważ wirus nie zniknął, a wręcz przeciwnie – zmutował, stanowiąc dla nas ciągłe zagrożenie. Nasze życie toczy się nadal z rytmem Covida. Po wakacjach letnich znów zostaje wprowadzona godzina policyjna… Mamy wrażenie, że ten koszmar nie skończy się tak szybko, jakbyśmy tego chcieli! Pomimo tej trudnej sytuacji musimy starać się zachować minimalny optymizm, bo jestem pewna, że ludzkość zwycięży. Teraz, prawie rok po wybuchu pandemii, naukowcy już lepiej znają naturę wirusa i nawet mimo tego, że specjaliści wciąż nie zgadzają się ze sobą, udało się znaleźć szczepionkę, którą można podać setkom milionów ludzi. Czekamy na konkretne skutki, wierzymy w nowoczesną technikę wykorzystaną w medycynie, więc nie poddamy się tej polityce strachu.

Przez ten długi okres obserwowałam zachowania ludzi w tej wyjątkowej sytuacji, więc mogę stwierdzić, że jednak zachodzą w nich  pewne zmiany, np. w sklepach spożywczych ludzie zwracają uwagę na to, co kupują. Więzi rodzinne stały się mocniejsze, ludzie interesują się sprawą młodzieży, dużo osób uczestniczy w akcjach pomocy.

Nie powinniśmy być pesymistyczni, bo musimy zdawać sobie sprawę, że niestety ten wirus nie jest ostatnią przeszkodą naszego życia. Spójrzmy choćby tylko na miniony XX wiek, było tyle pandemii, np. śmiertelna hiszpanka z lat 1918/1920, potem grypa azjatycka 1957 roku, która zmutowała w grypę w Hongkongu w latach 1968/1969 i zabiła parę milionów ludzi.

A przecież do dzisiaj nie mamy jeszcze doskonałych leków ani szczepionek na wirus VIH (AIDS), który jest wciąż aktywny, i który w latach 80. XX w. zabił 2 miliony ludzi, a prawie 37 milionów musi żyć z tym wirusem.

Jaką mamy odpowiedzialność w czasie pandemii?

Pozwolę sobie podać parę sugestii: przede wszystkim musimy zmienić nasz tryb życia – po prostu nie możemy dalej żyć w „wyścigu po zysk”. Zadajemy pytania, dlaczego mamy coraz więcej nowych chorób? Obudźmy się! Nasza Matka Natura jest w niebezpieczeństwie, mamy awarię ekosystemu.

Czy nie za dużo używamy środków chemicznych w naszym codziennym życiu? W naszym rolnictwie? Konflikty wojskowe też pogarszają stan naszej planety. Wylesianie, pożary, powodzie, zanieczyszczone powietrze, wielkie wymieranie zwierząt lądowych i wodnych, nowotwory powodujące coraz więcej zgonów!

W tym miejsu chciałabym Wam powiedzieć, co ja robię, by chronić Planetę. Jestem członkinią różnych stowarzyszeń, których celem jest ochrona natury. Przede wszystkim jestem sekretarzem generalnym Stowarzyszenia FAAOD, które dba, by jak najwięcej ludzi było poinformowanych o największej wojnie chemicznej w historii świata, która miała miejsce podczas wojny wietnamsko-amerykańskiej w latach 1955-1975. Od 1961 do 1971 armia amerykańska zużyła prawie 80 milionów litrów tzw. czynnika  pomarańczowego, opryskując z samolotów ziemię wietnamską, co spowodowało ponad 4 miliony ofiar. Niemal 50 lat po zakończeniu wojny dzieci rodzą się z wadami, liczba osób zapadających na nowotwory osiąga bardzo wysoki procent, a ziemia rolna nie jest zdatna do uprawy!!! Bierzmy ten wietnamski dramat za przestrogę.

Oprócz tego pomagamy ofiarom i ich rodzinom za pośrednictwem organizacji VAVA (Vietnam Association for Victims of Agent Orange/dioxine), która ma siedzibę w Ha-Noi. Działanie Stowarzyszenia FAAOD ma charakter charytatywny. Jest takie francuskie przysłowie les petits ruisseaux font les grandes rivières , co znaczy: małe strumienie tworzą wielkie rzeki – każdy z nas może coś zrobić na miarę swoich możliwości, razem możemy robić dużo dobrych rzeczy dla natury, czyli równocześnie dla nas samych i dla pokoleń, które przyjdą po nas.

Kończąc, pragnę podziękować mojej przyjaciółce Kasi Rudowskiej za cenną pomoc językową przy pisaniu tego artykułu – bez tego nie byłby on tak świetnie sformułowany.

Całej społeczności UMK chciałabym życzyć wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2021, a przede wszystkim dużo zdrowia. Dbajcie o siebie i waszych bliskich!

Prenez soin de vous et de vos proches!!!

Chúc sức khỏe

Paryż, 28 stycznia 2021

Tran Thi-Hien absolwentka prawa UMK (1977), ambasador UMK.

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

 [fot.nadesłana]  [fot.nadesłana]  [fot.nadesłana]