Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Archeologia wiedzy i przyszłość

Zdjęcie ilustracyjne
fot. Andrzej Romański

Z dr. hab. Adamem Kolą, prof. UMK, prorektorem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika ds. nauki – pierwszym zastępcą rektora, rozmawia Winicjusz Schulz

– Mówi Pan UMK (czy może raczej NCU) i z czym się ten szyld w świecie kojarzy?

– Myślę, że z kilkoma rzeczami naraz. Po pierwsze – z solidnym, szerokoprofilowym uniwersytetem badawczym z Europy Środkowej. Po drugie – z instytucją, która w ostatnich latach bardzo wyraźnie przyspieszyła rozwój badań naukowych i umiędzynarodowienie. I po trzecie – z miejscem, które łączy tradycję z nowoczesnością.

Nazwisko Mikołaja Kopernika zobowiązuje. Ono od razu ustawia nas w globalnej rozmowie o nauce i jej przełomach. Kiedy mówię za granicą „Nicolaus Copernicus University”, zwykle pojawia się natychmiastowy uśmiech i komentarz: „Ah, Copernicus!”. To ogromny kapitał symboliczny, który zobowiązuje, byśmy sami także byli odważni w myśleniu o nauce.

Ale za tym symbolem stoi dziś bardzo konkretna instytucja. UMK jest jednym z tych uniwersytetów, który ma pełny profil klasycznego uniwersytetu. Mamy bardzo silną humanistykę i nauki społeczne, które od początku stanowiły ważny element tożsamości uczelni. Jednocześnie dysponujemy znaczącym potencjałem w naukach przyrodniczych i ścisłych oraz w medycynie, rozwijanym w ramach Collegium Medicum w Bydgoszczy – integralnej części Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Coraz wyraźniej rozwijamy także nauki inżynieryjne, bo wiemy, że w gospodarce opartej na wiedzy uniwersytet musi być miejscem powstawania nowych technologii.

O sile naszych nauk podstawowych najlepiej świadczą nie deklaracje, lecz konkretne fakty – publikacje w najważniejszych czasopismach naukowych świata, prestiżowe granty czy międzynarodowe nagrody. Ale jeszcze ważniejsze są same odkrycia naukowców z Torunia i Bydgoszczy.

Niedawno informowaliśmy o przełomowych badaniach zespołu prof. Piotra Wcisły z Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej, który rozwija nowe rozwiązania w obszarze technologii kwantowych i niezwykle precyzyjnych metod pomiarowych. Z kolei w Collegium Medicum zespół prof. Daniela Gackowskiego odkrył nowy biomarker mogący znacząco poprawić diagnostykę białaczki. Artykuł Personalized Treatment in Gynecologic Oncology autorstwa dr. hab. Macieja Kordowitzkiego został opublikowany w prestiżowym czasopiśmie „CA: A Cancer Journal for Clinicians”, które w najnowszym raporcie Journal Citation Reports (JCR) za rok 2024 osiągnęło imponujący wskaźnik Impact Factor wynoszący 503,1, co czyni je jednym z najbardziej wpływowych czasopism medycznych na świecie. Co ważne, publikacja ta jest także pochodną pobytu badawczego dr. Kordowitzkiego na Harvard University, zrealizowanego w ramach programu Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza (IDUB).

A z drugiej strony mamy także przykłady badań humanistycznych o bardzo szerokim oddziaływaniu – jak projekt prof. Adama Izdebskiego, który analizuje historię pandemii w Europie i pozwala lepiej zrozumieć mechanizmy ich rozprzestrzeniania się oraz społeczne konsekwencje epidemii w długiej perspektywie historycznej. Wyraźnie widać, że także humanistyka w tym ogólnym obrazie ma się dobrze, choć zapewne wiele pozostaje jeszcze do zrobienia.

Przykładem mogą być książki publikowane w najważniejszych wydawnictwach akademickich świata: praca Marty Szady z filologii klasycznej pt. Conversion and the Contest of Creeds in Early Medieval Christianity, wydana przez Cambridge University Press, czy książka Michaela Pleyera Cognitive Linguistics and Language Evolution, napisana wspólnie ze Stefanem Hartmannem i opublikowana w tym samym wydawnictwie. To pokazuje, że możemy mierzyć wysoko – być publikowani i czytani na całym świecie. Takie przykłady pokazują, że badania prowadzone na naszym uniwersytecie obejmują bardzo różne obszary wiedzy, ale łączy je jedno – ambicja prowadzenia badań o znaczeniu międzynarodowym.

Dlatego powiedziałbym, że szyld UMK w świecie coraz częściej kojarzy się z ambitnym europejskim uniwersytetem badawczym – co potwierdza także nasza obecność w sieci YERUN (Young European Research Universities Network), skupiającej dynamiczne, silnie zorientowane na badania uczelnie z całej Europy. To środowisko instytucji, które łączy podobna ambicja: prowadzenie badań na najwyższym poziomie i aktywne uczestnictwo w globalnej wspólnocie nauki.

– Przyrównajmy na chwilę UMK do restauracji i zerknijmy w menu. Jakie dania, które tam ujrzymy, możemy uznać za specjalność lokalu?

– Na pewno fizykę i astronomię – to od dawna jedna z naszych wizytówek, podobnie jak archeologia czy teologia, a z nowszych dyscyplin – np. kognitywistyka. Bardzo dynamicznie rozwijają się badania biologiczne czy medyczne. Mamy świetne zespoły w naukach o Ziemi, w psychologii, prawie czy ekonomii. W pewnych obszarach humanistyki czy nauk społecznych także pracują świetni naukowcy, realizujący wieloletnie projekty badawcze – nie zawsze międzynarodowe, czasem ważne z punktu widzenia kultury narodowej czy lokalnej.

Ale powiedziałbym też coś ważniejszego: specjalnością naszego „menu” jest różnorodność. UMK jest uniwersytetem naprawdę szerokoprofilowym. Dzięki temu mogą się tu spotykać różne języki nauki: fizycy z humanistami, lekarze z informatykami, prawnicy z biologami.

Coraz częściej właśnie na tych stycznych rodzą się najciekawsze projekty badawcze. Stąd pomysł na nowe zespoły w ramach naszej uczelni badawczej, które mają horyzontalnie, interdyscyplinarnie łączyć naukowców z różnych dyscyplin.

– Podróżuje Pan często. Do jakich uczelni, w jakich krajach byłoby nam najbliżej?

– Najbliżej byłoby nam do średniej wielkości europejskich uniwersytetów badawczych – takich, które są silnie zakorzenione w swoim mieście i regionie, ale jednocześnie działają – i takie mają ambicje naukowe – globalnie. To oczywiście uczelnie z regionu Europy Środkowej – z Czech czy Estonii.

Ale myślę tu także o uczelniach w Holandii, krajach skandynawskich czy Niemczech. Jeszcze do wielu z nich nam trochę brakuje – nasza widoczność, marka, rozpoznawalność są mniejsze. Podobnie jednak jak my, są to ośrodki, które nie zawsze są największe w swoich krajach, ale mają bardzo silną kulturę badań, umiędzynarodowienia i współpracy z otoczeniem społecznym i gospodarczym. Takim przykładem jest Uniwersytet w Würzburgu, z którym UMK współpracuje od lat, a – na bazie uczelni badawczych – podejmujemy partnerstwo o charakterze strategicznym.

Właśnie w tym kierunku staramy się rozwijać UMK.

– W ostatnim roku–dwóch latach coraz częściej mówi się także o bezpieczeństwie badań. Czy to rzeczywiście nowy problem dla uniwersytetów?

– Tak, i to problem bardzo poważny. Przez wiele lat uniwersytety funkcjonowały w modelu niemal całkowicie otwartej nauki – opartej na swobodnej wymianie wiedzy, ludzi i idei. Co więcej, zachęcaliśmy nie tylko do publikowania wyników badań w otwartym dostępie, ale także do otwierania i udostępniania danych badawczych, metadanych czy infrastruktury informacyjnej. Taki model był i pozostaje fundamentem współczesnej nauki.

Jednocześnie zmieniająca się sytuacja geopolityczna sprawia, że coraz częściej musimy myśleć także o bezpieczeństwie badań. Dotyczy to zwłaszcza tych obszarów, które mają potencjalne zastosowania podwójne – cywilne i militarne – jak technologie kwantowe, sztuczna inteligencja czy zaawansowane materiały. Dlatego coraz częściej mówi się dziś o research securitybezpieczeństwie badań, czyli o tym, jak pogodzić otwartość nauki z odpowiedzialnością za jej konsekwencje.

Nie chodzi o zamykanie nauki. Chodzi raczej o bardziej świadome zarządzanie współpracą międzynarodową, ochronę infrastruktury badawczej i wiedzy, która może mieć znaczenie strategiczne. W tym sensie uniwersytety uczą się dziś nowej równowagi między otwartością a odpowiedzialnością. Dla Europy kwestie bezpieczeństwa mają dziś fundamentalne znaczenie.

– Wspomina Pan często o europejskim wymiarze działalności uniwersytetów. Co to w praktyce oznacza?

– Dziś nauka w ogromnym stopniu funkcjonuje w wymiarze europejskim. Programy badawcze, infrastruktury naukowe, sieci współpracy – to wszystko przekracza granice pojedynczych państw.

Uniwersytet Mikołaja Kopernika jest bardzo aktywny w tej przestrzeni. Jesteśmy częścią YERUN – Young European Research Universities Network, sieci młodych, dynamicznych uniwersytetów badawczych w Europie. Dzięki temu uczestniczymy w dyskusjach o przyszłości europejskiej nauki, o polityce badawczej Unii Europejskiej czy o nowych programach finansowania badań. Jesteśmy też częścią jednego z sojuszy uczelni badawczych, YUFE – Young Universities for the Future of Europe, który zresztą wypączkował z YERUN. Na poziomie kształcenie wyraźnie widać, że sojusze uczelni europejskich są jednym z najważniejszych elementów polityki naukowej wspólnej Europy.

Dzięki członkostwu w YERUN dysponujemy świetnym narzędziem do wyszukiwania partnerów naukowych w Europie i do wyszukiwania programów finansowania nauki i współpracy międzynarodowej. Chodzi o CONNECT by YERUN, prostą i przyjazną w obsłudze platformę opartą na algorytmach, która pozwala na łączenie naukowców i poszukiwanie partnerów do badań.

To wszystko jest ważne nie tylko dla samej uczelni. Silna obecność w europejskich sieciach oznacza także większe możliwości dla naszych naukowców, studentów i doktorantów – dostęp do partnerstw badawczych, infrastruktury i projektów, które dziś powstają w skali całego kontynentu.

– W Polsce należymy do elity uczelni badawczych, a jak wyglądałoby to w skali europejskiej czy światowej?

– Trzeba być uczciwym: europejski czy globalny system uniwersytecki jest bardzo konkurencyjny. Ale jednocześnie widać wyraźnie, że polskie uczelnie – w tym UMK – bardzo szybko nadrabiają dystans.

Program „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza” był tu ogromnym impulsem. Dzięki niemu mogliśmy zbudować silniejsze zespoły badawcze, zwiększyć umiędzynarodowienie, publikować w obiegu międzynarodowym – nie tylko w naukach ścisłych, ale też w humanistyce, oraz przyciągać wybitnych naukowców.

Dziś jesteśmy w momencie, w którym najważniejsze jest utrzymanie tej dynamiki. Jest bowiem tak, że świat – już nie tylko Daleki Wschód: Japonia, Korea Południowa, Chiny czy Singapur, ale i Bliski Wschód – przyspieszają i rozwijają swoje systemy kształcenia i prowadzenia badania znacznie szybciej od nas. Na poziomie decydentów politycznych w tych regionach zrozumiano, że nauka, badania i kształcenie, to rozwój i zapewnienie bezpieczeństwa w przyszłości. U nas wciąż jesteśmy daleko od tego momentu.

– Jakie rozwiązania z innych krajów chętnie by Pan zaimplementował na polskich uczelniach?

– Przede wszystkim większą stabilność systemu finansowania badań. W wielu krajach europejskich uczelnie mogą planować rozwój w perspektywie dekady czy dwóch. To daje zupełnie inną skalę odwagi strategicznej.

Drugą rzeczą jest zaufanie do instytucji. Mniej mikroregulacji, mniej biurokratycznych szczegółów i barier, a więcej odpowiedzialności po stronie uniwersytetów. I wewnątrz uniwersytetów – rosnąca biurokratyzacja państwa, w tym i uczelni, jest barierą antyrozwojową. Sami podkładamy sobie kłody pod nogi.

Paradoks polega na tym, że nauka rozwija się najlepiej tam, gdzie jest jednocześnie wolność i odpowiedzialność.

– A może jest też coś, co my moglibyśmy wyeksportować?

– Tak – energię rozwojową. Polska nauka wciąż znajduje się na etapie bardzo intensywnego wzrostu. W wielu miejscach Europy Zachodniej system jest już bardzo ustabilizowany, by nie powiedzieć skostniały.

U nas wciąż jest dużo ambicji, dynamiki i chęci zmiany. To ogromny kapitał.

– Zapewne najłatwiej jest zaistnieć w świecie reprezentantom nauk ścisłych…

– Rzeczywiście nauki ścisłe mają pewną przewagę wynikającą z uniwersalnego języka matematyki czy eksperymentu. Ale zarazem próg wejścia jest dziś bardzo wysoki: to są ogromne nakłady na infrastrukturę badawczą, zbudowanie i utrzymanie drogiej aparatury naukowej, laboratoriów – odczynników, kosztów obsługi, serwisowania. Jednak to jest inwestycja, bowiem potrafimy dokonywać przełomowych badań. Dowodzą tego regularnie np. fizycy czy astronomowie.

Ale to nie znaczy, że humanistyka jest skazana na lokalność. Przeciwnie – najciekawsze pytania humanistyczne są często bardzo uniwersalne. Kluczem jest sposób ich postawienia.

– Zatem co z humanistami?

– Humanistyka zawsze była globalna, nawet jeśli badała rzeczy bardzo lokalne.

Dobry przykład to Bronisław Malinowski. Badał bardzo konkretną społeczność na Pacyfiku, a stworzył jedną z najważniejszych teorii antropologicznych XX wieku.

Podobnie jest dziś: lokalny materiał badawczy może być punktem wyjścia do pytań o charakterze globalnym. Adam Izdebski bada europejskie pandemie w perspektywie długiego trwania, a jego odpowiedzi mają znaczenie dla naszego – post-COVID-owego społeczeństwa. Edycja nieznanych dzieł literatury polskiej kształtuje dzisiejszą kulturę. Unikatowe badania nad językiem albańskim wpisują się w wiedzę na temat rozwoju systemów mowy na świecie. Teologia odpowiada na wyzwania współczesnego, stechnicyzowanego świata. Takich przykładów można – tylko z grona badaczy z UMK – przedstawić wiele.

– Humanistyka cyfrowa – przyszłość czy ślepy zaułek?

– Powiedziałbym: narzędzie.

Cyfrowe metody otwierają zupełnie nowe możliwości analizy ogromnych zbiorów danych – tekstów, obrazów, archiwów. Ale nie zastąpią interpretacji.

Humanistyka zawsze będzie polegała na rozumieniu sensów, znaczeń, kontekstów. Algorytm może pomóc zobaczyć wzory w danych, ale nie odpowie na pytanie, co one znaczą. Pozwala jednak agregować dane w takiej liczbie, jaka była do tej pory niemożliwa do przeanalizowania.

W tym sensie nasze badania stają się bardziej wiarygodne, oparte na danych, możliwe do porównania w szerszym kontekście, ale też łatwiejsze do pokazania – również w trybie popularyzacji nauki. Jednak humanistyka opiera się na rozpoznawaniu znaczeń, odpowiednim stawianiu pytań i poszukiwaniu odpowiedzi tam, gdzie nikt inny się nie spodziewa jej znaleźć. To jest jej siła i wyjątkowość. Korzystajmy z nowych narzędzi, zawsze to robiliśmy w humanistyce, nie porzucajmy jednak ważny z punktu widzenia człowieka pytań.

– Jak ma się cyfrowa humanistyka na UMK?

– Rozwija się bardzo dynamicznie – zwłaszcza na styku humanistyki z informatyką czy analizą danych.

To jeden z tych obszarów, gdzie współpraca między różnymi dyscyplinami daje bardzo ciekawe efekty. W UMK możemy znaleźć prace słownikowe w wersji online – jak Słownik Polskiej Bajki Ludowej prof. Violetty Wróblewskiej, korpus listów św. Augustyna Scrinium Augustini opracowany przez prof. Przemysława Nehringa i prof. Rafała Toczkę, badania pamięcioznawcze powiązane z geograficznymi systemami informatycznymi uprawiane w Pracowni POSTCOMER kierowanej przez prof. Agatę Domachowską czy online wersja bibliografii „Wiadomości” kierowana przez prof. Rafała Moczkodana. A to tylko wybrane przykłady: prac słownikowych, edytorskich, geoinformatycznych czy bibliograficznych, które są na naszej uczelni, na Wydziale Humanistycznym, realizowane. A w podobnym trybie pracują dziś również przedstawiciele innych dyscyplin.

– Jak to się stało, że syn archeologa nie został archeologiem?

– Może trochę z przekory, ale przede wszystkim z fascynacji literaturą.

Dorastanie w domu archeologów – oboje rodzice byli archeologami i pracowali razem – nauczyło mnie jednak czegoś bardzo ważnego: myślenia o kulturze w długim trwaniu, a także odczuwania frajdy, jaką daje odkrywanie przeszłości, oglądanie czegoś po raz pierwszy od lat, odkopywanie kolejnych warstw. Archeologia pokazuje, że historia człowieka jest dużo dłuższa i bardziej złożona, niż czasem sądzimy. Przykrywają ją pokłady ziemi, czasem woda, innym razem – kurz archiwów czy zapomnianych piwnic.

W pewnym sensie więc ta archeologia i tak ze mną została. Zajmuję się teraz transferem wiedzy w ujęciu historycznym i geograficznym. Uprawiam archeologię wiedzy – odgrzebuję kolejne warstwy z dawno zapomnianych kultur, przepływów treści kulturowych szlakami dziś zapomnianymi. Moimi artefaktami są teksty – te literackie, jak i naukowe, zapiski prywatne i korespondencja, także teksty nigdy niepublikowane czy kolejne wersje robocze. Z kolei w badaniach z zakresu studiów nad pamięci – w niedawno wydanej wspólnie z prof. Wojciechem Piaskiem książce na temat pamięci o Mikołaju Koperniku – odkrywamy również warstwy – pamięci. Zaczynamy od współczesności i cofamy się, czy schodzimy w głąb historii.

– Jakie obszary badawcze uważa Pan dziś za najważniejsze w swojej pracy?

– Interesują mnie przede wszystkim relacje między kulturą, pamięcią i polityką – zwłaszcza w Europie Środkowej.

To region, w którym historia wciąż bardzo silnie wpływa na współczesność, co tak boleśnie odczuwa dziś Ukraina. Jeśli kiedyś Milan Kundera pisał, że Europa Środkowa ginie w Budapeszcie w 1956 roku, potem znikała w Czechosłowacji roku 1968, Polsce początku lat 80. – i wszędzie tam udało się europejskość obronić, to dziś obserwujemy ten proces w Ukrainie. Tam jest dziś zagrożona Europa Środkowa. Historyczność tego procesu, powtarzalny wzór, który widzę w tym, co tam się dzieje wraz z rosyjską pełnoskalową inwazją, jest dla mnie wyraźny właśnie dzięki prowadzonym badaniom nad intelektualną i ideową historią Europy Środkowej.

– Czy istnieje temat badawczy, który szczególnie Pana fascynuje?

– Interesuje mnie pytanie o to, jak współczesne społeczeństwa pamiętają przeszłość – i jak ta pamięć wpływa na demokrację, ale i na naukę. Wspomniany wcześniej transfer wiedzy – jej globalna cyrkulacja, która rozpoczyna się w Europie Środkowej, przechodzi przez różne kultury i kraje, staje się światowa, ale zarazem tracimy pamięć o jej źródłach. To fascynujący proces, dlaczego wypieramy pamięć o własnej przeszłości, jakie mechanizmy tu zachodzą w skali społecznej, w różnych kulturach. Przykład badań nad wypartą pamięci o polskiej tradycji myślenia i pisania w kategoriach postkolonialnych, czemu poświęciłem książkę, jest dobrym przykładem. Kiedyś byliśmy bardzo nowocześni we własnym myśleniu, rozwijaliśmy po 1948 roku, w szczególności w latach 60., oryginalne koncepcje postkolonialne; opisywaliśmy świat rozpadających się imperiów kolonialnych i proces dekolonizacji w oryginalny i twórczy sposób – a po 1989 roku zapomnieliśmy o tej tradycji, sięgnęliśmy po zachodnich klasyków myślenia postkolonialnego dopiero w XXI wieku, a w większości byli to intelektualiści późniejszy od naszych własnych badaczy, pisarzy, artystów z tego nurtu. Zachłysnęliśmy się zachodnim myśleniem, wypierając pamięć o własnej intelektualnej historii. Ten proces wyparcia, zapomnienia interesuje mnie w wielu obszarach.

– Jaką rolę pełni dziś literatura w świecie cyfrowym?

– Literatura zawsze była jednym z najważniejszych sposobów opowiadania o ludzkim doświadczeniu. Zmieniają się media – można by powiedzieć: zmienia się medialność literatury – ale potrzeba opowieści pozostaje.

Jeśli spojrzeć na to w dłuższej perspektywie historycznej, widać wyraźnie, że literatura zawsze była związana z określonymi formami komunikacji. Najpierw była oralność – opowieści przekazywane ustnie. Potem pojawiło się pismo, które utrwalało narracje w postaci skryptów i rękopisów. Rewolucją był oczywiście druk, który przyniósł literaturze masowość i stworzył nowoczesny obieg książki. Dziś znajdujemy się w epoce cyfrowej, która zmienia zarówno sposoby publikowania, jak i czytania.

Zmieniają się także nośniki literatury: od glinianych tabliczek, przez zwoje, księgi i prasę drukowaną, aż po ekran – telefonu, tabletu czy komputera. Ale to wciąż ta sama potrzeba opowiadania i słuchania historii.

Co ciekawe, epoka cyfrowa przynosi też pewien powrót do oralności – wtórnej oralności. Fenomen audiobooków pokazuje, że po wiekach dominacji tekstu drukowanego znów bardzo chętnie słuchamy literatury – trochę tak, jak słuchano opowieści w dawnych wspólnotach.

Dlatego nie patrzyłbym na zmiany technologiczne z nostalgią czy z niepokojem. Raczej z ciekawością. Literatura zawsze potrafiła adaptować się do nowych form komunikacji – i dziś również znajduje w nich nowe możliwości. Zamiast więc nad tym ubolewać, warto po prostu z tych możliwości korzystać. Muszę jednak przyznać, że z podróży zawsze przywozimy książki – papierowe.

– Jakie szanse mają literaci z krajów słowiańskich?

– Paradoksalnie dziś większe niż kiedyś. Globalny obieg literatury jest coraz bardziej otwarty, a tłumaczenia odgrywają w nim ogromną rolę. Szczególnie na poziomie europejskim – także dzięki różnym programom wsparcia Unii Europejskiej – literatury tworzone w językach narodowych funkcjonują dziś w znacznie szerszym obiegu.

Ważne jest jednak także to, byśmy na własną literaturę patrzyli szerzej. W badaniach nad tzw. literaturą światową, a szerzej w studiach komparatystycznych, coraz częściej zwraca się uwagę na literatury mniejszościowe – powstające w danym kraju, ale w językach innych niż dominujący. W przypadku Polski można tu wskazać choćby literatury tworzone w różnych językach żydowskich.

W skali globalnej nie można też zapominać o zjawisku translingwalizmu, czyli przechodzenia pisarzy z jednego języka na drugi. Do najbardziej znanych przykładów należą choćby Vladimir Nabokov czy Milan Kundera. Jeśli więc spojrzymy na literaturę szerzej – nie tylko przez pryzmat jednego języka czy jednej tradycji narodowej – okaże się, że twórczość z naszej części Europy była i jest obecna jako część literatury światowej.

– Czy za granicą znają naszych literackich klasyków?

– Nie zawsze w takim stopniu, jak byśmy chcieli. Ale to też naturalne – każdy kraj ma swój własny kanon. Rolą badań porównawczych jest właśnie wprowadzanie tych autorów do szerszej rozmowy o literaturze.

Jednocześnie najważniejsi polscy pisarze – z Mickiewiczem, Prusem, Miłoszem czy Tokarczuk na czele – są znani i rozpoznawalni, wciąż czytani, nie tylko w Europie, ale i globalnie.

Pytanie o klasyków można zresztą postawić szerzej: czy klasycy literaccy w ogóle – i w jakim stopniu – są dziś jeszcze czytani? To pytanie dotyczy nie tylko literatury polskiej, ale właściwie wszystkich tradycji literackich. Współczesny obieg kultury jest niezwykle dynamiczny, pojawia się ogromna liczba nowych książek, a sposób czytania zmienia się wraz z mediami i rytmem życia.

Klasycy funkcjonują dziś często w dwóch równoległych porządkach. Z jednej strony są obecni w edukacji, w kanonie szkolnym czy akademickim, który pozwala zachować ciągłość kultury. Z drugiej – muszą wciąż na nowo odnajdywać swoich czytelników poza instytucjonalnym kanonem. I paradoksalnie często się to udaje, bo dobra literatura ma tę właściwość, że potrafi przekraczać własną epokę.

Można więc powiedzieć, że klasycy nigdy nie są czytani masowo – byli czytani raczej intensywnie przez kolejne pokolenia czytelników, którzy w ich książkach odnajdywali własne pytania. Jeśli tak spojrzeć na sprawę, to obecność klasyków nie polega na stałej popularności, lecz na ciągłym powracaniu do nich przez nowe generacje czytelników.

– Co poradziłby Pan młodym badaczom?

– Przede wszystkim ciekawość świata i odwagę wychodzenia poza własne środowisko. Nauka jest z natury międzynarodowa, więc warto jak najwcześniej wyjeżdżać, poznawać inne ośrodki badawcze, inne sposoby pracy, inne szkoły myślenia.

Bardzo ważna jest też współpraca. Nauka coraz rzadziej jest przedsięwzięciem samotnym – najciekawsze rzeczy powstają w zespołach i w dialogu z innymi. Dlatego warto uczyć się od najlepszych i nie bać się kontaktu z badaczami, którzy są dla nas autorytetami.

Powiedziałbym nawet więcej: trzeba mieć odwagę pisać do najlepszych w swojej dyscyplinie, nawet jeśli wydaje się to trochę onieśmielające. W najgorszym razie ktoś nie odpowie albo odmówi – ale często właśnie w ten sposób zaczynają się najciekawsze współprace.

I jeszcze jedna rzecz: nie zrażać się porażkami. W nauce są one czymś absolutnie naturalnym – nieudane projekty, odrzucone artykuły, granty, których się nie dostaje. Trzeba umieć budować na tym doświadczeniu: zdobywać wiedzę, wzmacniać własną odporność i próbować ponownie.

Wie Pan dlaczego nie osiągamy, i dotyczy to całej Polski, sukcesów w aplikacjach o granty europejskie?

– Nie, nie wiem.

– Bo nie aplikujemy ponownie. Nie poziom naukowy, nie przygotowanie merytoryczne czy CV powodują, że nam się nie udaje. Tylko to, że przedstawiciele nauki z zachodniej Europy, a coraz częściej też np. Czesi, aplikują ponownie, i ponownie. Podnoszą się z porażki, uczą się na błędach – nie zrażają się i ponownie wysyłają wnioski. Musimy się tego nauczyć. I być cierpliwym.

Krótko mówiąc i odpowiadając na Pańskie pytanie o radę dla młodych badaczy: sięgać po więcej – lepiej, głębiej – i nie bać się zaczynać od nowa.

– Czy ma Pan ulubioną książkę?

– Lista byłaby bardzo długa. Ale są książki, do których wracam co kilka lat – bo za każdym razem czyta się je inaczej. W moim przypadku często jest to literatura czeska.

Kiedyś byli to przede wszystkim Kafka i Kundera. Dziś – w pewnym sensie wieczny powrót – Bohumil Hrabal. Nie potrafię mu się oprzeć i wciąż do niego wracam, odkrywając coraz to nowe sensy, ale też przewrotną przyjemność życia u pisarza, który przecież śmierć tak często i tak intensywnie pokazywał.

Z mniej znanych czeskich autorów zawsze wracam do Karela Michala – pisarza, który nigdy na dobre w Polsce się nie zadomowił, podobnie jak Jakub Deml. Na szczęście dzięki pracy tłumaczy i popularyzatorów, także u nas dobrze odnalazł się Ota Pavel – w dużej mierze za sprawą Mariusza Szczygła. Z kolei trochę szkoda mi zawsze Arnošta Lustiga, bo to był naprawdę świetny pisarz.

Bardzo cieszy mnie też obecność współczesnej czeskiej literatury kobiecej, zwłaszcza tej o wyraźnych rysach regionalnych – jak w książkach Kateřiny Tučkovej czy Květy Legátovej.

Czasami sięgam po książki także ze względu na doskonałe tłumaczenie. Takim znakiem jakości są dla mnie na przykład przekłady z angielskiego Magdy Heydel czy z czeskiego – zwłaszcza poezji – Jakuba Pacześniaka. A kiedyś bardzo regularnie, dziś już bardziej przygodnie, wracam także do „Literatury na Świecie”. To pismo wyjątkowe – mam wrażenie, że takiego czasopisma literackiego nie ma właściwie nigdzie indziej na świecie.

Ale oczywiście nie tylko czeską literaturą żyję. Ostatnio czytam seriami. Z literatury skandynawskiej – Roya Jacobsena, zawsze w doskonałych przekładach Iwony Zimnickiej. Z literatury amerykańskiej wróciłem do Cormaca McCarthy’ego – trochę za sprawą zainteresowania środowiskiem Instytutu Santa Fe, z którym był związany.

Regularnie sięgam też po literatury pozaeuropejskie. Daleko więc od jednej odpowiedzi na pytanie o ulubioną książkę czy autora. Moje wybory czytelnicze nie zawsze są spójne – w tym sensie jestem raczej ciekawy nieznanego niż przywiązany do jednego tytułu czy jednego pisarza.

Nie wspomniałem jeszcze o książkach naukowych. Mam jednak swoją listę ważnych pozycji – takich, które nie są bezpośrednio związane z moją własną pracą badawczą, ale do których regularnie wracam i które w dużym stopniu kształtują mój sposób myślenia. Wśród nich jest na przykład Nadzieja radykalna. Etyka w obliczu spustoszenia kulturowego niedawno zmarłego intelektualisty z Chicago, Jonathana Leara; wydana przez nasze Wydawnictwo Naukowe UMK książka Anny Lowenhaupt Tsing Grzyb u kresu świata; czy The Land of Open Graves: Living and Dying on the Migrant Trail Jasona De Leóna. To tylko kilka przykładów, ale wszystkie pokazują, jak bardzo inspirujące potrafią być książki powstające na styku różnych dyscyplin.

– Jak wygląda Pana warsztat pracy?

– Dużo czytania, dużo rozmów i – niestety – bardzo dużo kawy. Ale najprzyjemniejszą częścią mojej pracy, bardzo wciągającą, jest siedzenie w archiwach i odkrywanie ukrytych tam tajemnic. Spędziłem sporo czasu w archiwach w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Czechach, Chorwacji i Litwie. Żmudna, ale bardzo wciągająca praca. Obecnie nie mam na nią – niestety – czasu.

– Jak podobają się Panu toruńskie mosty?

– Trafione pytanie – zbieramy z Żoną książki o mostach. Mosty zawsze są symbolem łączenia – ludzi, miejsc, idei. W tym sensie bardzo pasują do uniwersytetu. Te historyczne tworzą piękną ramę dla toruńskiej starówki, a z tych współczesnych… – jest przynajmniej o jeden most za mało.

– A chata na Kujawach?

– Powoli odzyskuje życie. Remont domu na wsi uczy cierpliwości – trochę jak nauka. To wietrzne Kujawy, wymagające, a zarazem skrywające wiele niedocenionego piękna.

– Dziękuję za rozmowę.

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

Kliknij, aby powiększyć zdjęcie.