Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Boże Narodzenie, czyli święto nieśmiertelne

obrazek: fot.Andrzej Romański]
fot. Andrzej Romański

Z prof. Markiem Szulakiewiczem, kierownikiem Katedry Teorii Kultury i Religii Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych UMK rozmawia Winicjusz Schulz

- Święta Bożego Narodzenia – jakie byłyby pierwsze Twoje skojarzenia, wspomnienia związane z takim hasłem?

- Najpierw chciałbym wyrazić zdziwienie tym, że chcesz ze mną rozmawiać na taki temat.

Najczęściej partnerami do rozmów na temat „świąt” są duchowni, którzy świetnie objaśniają religijny wymiar Bożego Narodzenia, chociaż czynią to niekiedy językiem trudnym, który stał się obcy dla współczesnego człowieka, z racji pewnego zagubienia wymiaru religijnego w naszym życiu. Utrata tego wymiaru oznacza, że często nie jesteśmy w stanie dotrzeć do sensu tych (i wielu innych) świąt, i rezygnujemy z ich rozumienia, pozostawiając tylko „niemą” tradycję. Jeśli zwracasz się do filozofa, a nie do księdza, to – mam nadzieję – nie jest to tylko znak czasu, lecz jakaś Twoja intuicja, że w religijnym święcie Bożego Narodzenia można poszukiwać sensu niekoniecznie religijnego, chociaż nie antyreligijnego. Słowem: da się je zrozumieć, i pojawiło się ono nie na skutek wymysłu ludzi religijnych, czy też po to, aby ogłupić człowieka, gdyż – jak mówi R. Dawkins – ci, którzy wybrali wiarę są głupsi, lecz wyrasta ono z doświadczenia sacrum, które tkwi u podłoża wszystkich religii. To bowiem w tym pierwotnym doświadczeniu trzeba doszukiwać się źródeł religii i praktyk religijnych, a nie odwrotnie, czyli to nie religie tworzą sacrum, lecz są na nie jakąś, lepszą lub gorszą, odpowiedzią. Biorąc to pod uwagę można w próbie jego rozumienia nie zaczynać od kontekstu religijnego, chociaż wcale tego kontekstu nie negować. Są bowiem takie święta religijne, również chrześcijańskie, które noszą głęboki sens filozoficzny, i w których ujawnia się ta pierwotna relacja człowieka z sacrum. Chcąc odkryć taki sens nie wolno jednak zaczynać od mówienia „nie” takim świętom, i uznania przekonania, że „mnie to wszystko nie obchodzi”, lecz trzeba starać się pomyśleć. Religia chrześcijańska, jako jedna z nielicznych religii, domaga się od człowieka myślenia i zaangażowania rozumu, a filozofia stanowi nawet jej konieczny element. Do takich świąt o głębokim przesłaniu filozoficznym należą również święta Bożego Narodzenia. Sądzę, że jeśli nawet upadnie chrześcijaństwo jako religia, co może się zdarzyć, a niektórzy twierdzą, że już dzieje się to w Europie, to idea tego święta przetrwa, bo jest ono ważne w zrozumieniu człowieka i świata, i w nim ujawnia się sakralna rzeczywistość. Więcej nawet, wyrażone w nim treści są nieśmiertelne, bez względu na różne religijne sposoby ich wyrażania, i tragedią dla ludzkości i metafizycznym błędem byłoby ich zagubienie. I wcale nie myślę tu o takim przetrwaniu, które pojawia się dzisiaj często wśród ludzi niereligijnych, u których, po utracie znaczenia i wymiaru religijnego, nic już nie pozostaje poza martwą tradycją. Zamiast poszukiwać takiego znaczenia metafizycznego, poddają się oni agresywnej komercji, sprowadzając je do zakupów, wypoczynku, prezentów, czasu wolnego, wyjazdu na narty itp. Myślę zaś o niezwykłym metafizycznym wymiarze Bożego Narodzenia i ukazywaniu w nim, że rzeczywistość jest większa niż tylko ta, która da się sprowadzić do wymiaru materialnego i pragmatycznego, ale też to, że ukazuje się w nich, że Bóg, lub też – jak mawiał pewien szewc, Jakub Böhme - Ungrund albo filozoficzny Absolut, albo Niewysłowiony, jak nazywał A. J. Heschel, jest po stronie człowieka. Świadomie używam tylu pojęć, bo nie nazwa jest tu ważna. Uświadamiają nam one bowiem, że stanowimy tylko część czegoś większego niż my sami, i nasze sprawy to tylko niewielki ułamek istnienia. Świat jest o wiele bogatszy niż to, czego doświadczamy na co dzień i chodzi o to, aby nie zagubić tego bogactwa. Można powiedzieć nawet więcej: w tych świętach wskazuje się, że „Bóg znalazł człowieka”, i to konkretnego człowieka. Nie odnalazł się w wybranym narodzie, kulturze, lecz właśnie w konkretnym człowieku. I stąd płynie tak wielka troska chrześcijaństwa o życie i los każdego człowieka: bowiem w nim, w konkretnym człowieku Bóg się odnajduje.

- Można by chyba z góry przewidzieć wyniki plebiscytu wśród Polaków na najważniejsze święto w roku. Zapewne na pierwszym miejscu znalazłoby się Boże Narodzenie. Dlaczego? Przecież z religijnego punktu widzenia tym najważniejszym powinna być Wielkanoc – symbol życia, zwycięstwa nad złem i śmiercią. Wolimy święta bardziej radosne, a nie ze śmiercią, zadumą w tle?

- Badacze chrześcijaństwa rzeczywiście wskazują, że święta Bożego Narodzenia nie należą do najwcześniejszych świąt chrześcijańskich. Jedno z pierwszych takich świąt to „Święto Epifanii”, dzisiaj Trzech Króli, w którym przyjmuje się, że rodzi się człowiek (nie Bóg), i dopiero w pewnym momencie objawia się (rozpoznany zostaje) jako Syn Boży. Trzeba przypomnieć, że bardzo zdecydowanie to święto zanegowali purytanie w XVII wieku, a dzisiaj negowane jest na przykład przez Świadków Jehowy czy też Kościół Adwentystów Dnia Siódmego. Wszędzie tam sądzi się, że nie może być takich świąt ani metafizycznie, ani religijnie. W dziejach chrześcijaństwa trzeba było czterech wieków, aby dostrzeżono, że „koniec” drogi Jezusa, czyli śmierć i zmartwychwstanie, musiał mieć również „początek”, czyli narodziny. Były to jednocześnie pierwsze radosne święta po ustaniu prześladowań. Data też jest tajemnicza, ale też zupełnie nieistotna. I tu niektórzy wskazują, że umacniające się chrześcijaństwo nie mogło sobie poradzić z dawnymi wierzeniami solarnymi, rzymskimi Saturnaliami (17-23 grudnia), germańskim świętem ku czci Odyna itp., i zaproponowało chrystianizację święta pogańskiego. W tym nie byłoby oczywiście nic nadzwyczajnego i niewłaściwego, gdyż „nowe religie” chętnie wykorzystują kulty dotychczasowe, aby łatwiej wejść w życie współczesnego im człowieka. Jak mówił kardynał Newman „Kościół rozdaje stare i nowe skarby”. Ten skarb święta Bożego Narodzenia może wydawać się skarbem starym, ma bowiem wielką przeszłość w różnych kulturach, chociaż nie przestaje być skarbem. Proces asymilacji i wykorzystywania tego, co było, do budowy czegoś nowego, widać na przykład w Rzymie w bazylice Santa Maria in Ara coeli, gdzie nawet elementy dawnych budowli sakralnych wkomponowane zostały w sakralność chrześcijańską. Jednak chrześcijaństwo – mówiąc metaforycznie – wcale nie „wchodzi” w stare miejsca, lecz niejako odzyskuje je dla siebie. Można powiedzieć, że są to „święta odzyskane” z dawnych kultów. Pytaniem jest oczywiście, dlaczego te święta udało się odzyskać? Po co je odzyskano? Dlaczego były one tak ważne? Wszystkie te pytania sprowadzają się do jednego: czy jest jakiś sens Wcielenia/Inkarnacji, czyli tego, że Bóg (sacrum) nie pozostaje na zewnątrz świata, lecz wkracza w świat? Filozofia odpowiada na to pytanie jednoznacznie (a myślę tu na przykład o Janie Dunsie Szkocie, błogosławionym): Wcielenie musiało się dokonać i to niezależnie od teorii grzechu pierworodnego, jak dowodził inny filozof, Rajmund Lullus, zwany „chrześcijańskim sufi”. Bóg bowiem nie może pozostawić skończonego, cierpiącego świata; nie byłby wtedy prawdziwym Bogiem, lecz egoistą. O tym wiedziały też dawne religie i dawne kultury, w hinduizmie na przykład jest to inkarnacja Wisznu, a to znaczy, że nie jest to tylko wymysł chrześcijaństwa, lecz ma to jakiś głębszy ponadreligijny sens. Więcej nawet, wiedziano też, że Bóg nie może też „na niby”, teoretycznie doświadczać skończoności i cierpienia. Musi niejako stać się tą skończonością, żyć i cierpieć w rzeczywistości. Wyrażając to w innym języku, można powiedzieć, że Wcielenie jest kolejnym etapem stwarzania świata lub też – w języku naukowym – kolejnym etapem ewolucji. Wraz z nim powstaje nowy sposób istnienia, który wielka myśl prawosławia nazywa Bogoczłowiekiem, akcentując przebóstwienie człowieka, jako ostateczny cel stworzonego świata, a który można nazwać po prostu Chrystusem. Można zatem powiedzieć, że Wcielenie jest logiczną konsekwencją uznania, że Bóg jest wtedy Bogiem, gdy uczestniczy również w tym, co skończone i niedoskonałe: prawdziwa doskonałość musi brać udział w tym, co jest niedoskonałe, choćby po to, aby zmniejszyć skalę tej niedoskonałości. Dostrzegamy to też u tych ludzi, którzy nie zadawalają się tylko swoim stopniem rozwoju, lecz po osiągnięciu takiego najwyższego stanu (nazwijmy go świętością), stają się bardzo zaangażowani w sprawy tego świata. W buddyzmie jest to na przykład bodhisattwa, który rezygnuje z osiągnięcia nirwany, do czasu wyzwolenia wszystkich istot, pozostaje w niedoskonałym świecie dla dobra tego świata. Wszędzie tam doskonałość, świętość, nie tylko nie wyrzeka się świata, lecz jeszcze bardziej weń wkracza. Idea Wcielenia to właśnie taki stan, gdy nieskończoność zmierza/wkracza do skończoności, doskonałość zmierza/wkracza ku niedoskonałości, aby wszystko to podnieść z upadku i poprowadzić dalej. Jest to niejako wzmocnienie filozofii Platona, w której – przypomnę – niedoskonały świat musiał uczestniczyć w doskonałych ideach, aby móc w ogóle istnieć. Tu, we Wcieleniu – mówiąc po platońsku - doskonałe idee muszą uczestniczyć w niedoskonałym świecie. Jeśli weźmiemy pod uwagę ten filozoficzny sens Bożego Narodzenia, to pozostaje tylko pytanie, czy w Jezusie z Nazaretu, właśnie wtedy Wcielenie się dokonało? Czy Jezus z Nazaretu jest inkarnowanym Bogiem? Lecz to jest już kwestia wiary i decyzji indywidualnej, a nie kwestia filozoficzna. Rozum mówi tu: Wcielenie musi się dokonać, a wiara: dokonało się ono w Jezusie z Nazaretu. Antropozofia, np. Rudolf Steiner, podkreśla, że Inkarnacja dokonała się nie w momencie narodzin Jezusa, lecz dopiero podczas chrztu. Zresztą wszystko to połączone jest w tej koncepcji z teorią „dwóch Jezusów”, bowiem – jak wczytamy się w Ewangelie – to łatwo dostrzec, że są dwie genealogie Jezusa: na przykład św. Mateusz opisuje „narodziny króla”, to „Jezus królewski”, św. Łukasz z kolei przedstawia inne narodziny, „narodziny kapłańskie”. To są jednak już tylko teorie, chociaż bardzo ciekawe.

- Pytałem jeszcze o Wielkanoc i relację między tymi świętami…

- Wielkanoc to rzeczywiście jedno z pierwszych świąt chrześcijańskich. Lecz nie należy mylić „pierwsze” z „najważniejsze”. To niejako inny wymiar świąt, w których ujawniają się inne znaczenia metafizyczne, obydwa ważne. Wielkanoc, Zmartwychwstanie, jest świętem wcześniejszym w rozwoju chrześcijaństwa, gdyż dało się je łatwiej połączyć z judaizmem, w którym na przykład w Księdze Daniela idea zmartwychwstania się pojawia. Pierwsi chrześcijanie bardzo łatwo łączyli konkretne doświadczenia związane z Jezusem, z gotowymi obrazami i pojęciami, które wcześniej znali z Pisma. Boże Narodzenie jest zaś dla tej religii (judaizmu) obrazoburcze, wręcz pogańskie: Wcielenie nie mogło się dokonać, gdyż nie było na nie miejsca w tej religii. W idei Mesjasza nie ma mowy o wcielonym, inkarnowanym Bogu. Można stąd wnosić, że dopiero umocnione chrześcijaństwo nabiera odwagi, aby samodzielnie, bez kontekstów, decydować o swoich świętach, nie troszcząc się o reakcje innych. Powiedziałem wcześniej, że Wielkanoc jest świętem końca, spełnienia i zrealizowania, a Boże Narodzenie świętem początku i nadziei. W tamtych świętach okazuje się, że – jak powie św. Paweł - „w Chrystusie Bóg pojednał ze sobą świat” lub – jak można powiedzieć filozoficznie - zrealizowana/urzeczywistniona została nowa możliwość istnienia, nowy jego wymiar, który można nazwać właśnie Chrystusem. Jeśli nie chce się używać religijnego pojęcia „przebóstwienia”, to można z łatwością je zastąpić filozoficznym „nowym wymiarem istnienia”. To wszystko wyrażane jest świętem wielkanocnym. W Bożym Narodzeniu zaś to „dzieło” jest dopiero zapowiadane. W naszym życiu jest co prawda mocne teleologiczne przekonanie, że „koniec rządzi wszystkim”, i stąd pewnie to święto wydaje się najważniejsze. Lecz filozoficznie wcale tak nie jest.

- Pozostając przy samym tylko Bożym Narodzeniu, także możemy dostrzec pewien absurd. Wiele osób za najmilszy jego element uważa... wigilię, oczekiwanie. A może na takie postrzeganie wigilijnego wieczoru największy wpływ mają aspekty nie mistyczne, lecz materialne? Jest choinka, są prezenty...

- Słusznie dostrzegasz, że czuwanie (vigiliare) i oczekiwanie jest niejako metafizycznym elementem tego święta i bardzo mocno da się je odczuć również w wigilię. Najpiękniej ks. Twardowski napisał w jakimś wierszu, że właśnie „oczekiwanie jest miłością”. Towarzyszyło ono również ludziom tamtych czasów i kultur. Co prawda dla wielu ludzi wtedy żyjących nie stało się nic nadzwyczajnego. Oto narodził się Jezus, o dziwnym co prawda imieniu Jehoshua, co znaczy „Bóg pomaga”. Ale w kulturze żydowskiej i to było normalne, gdyż imiona zawsze coś znaczyły. Przykładowo: imię Józef znaczy „Niechaj Bóg doda”, Johanan (Jan) „Wszystko jest łaską”, Mirjam (Maria) „Dar Boga”. W czasach Jezusa cywilizacja przeżywała rozkwit, ale był to też dziwny czas oczekiwania i czujności. W Wiesbaden Rzymianie organizowali kurort z ogrzewaną podłogą. Można powiedzieć, że materialnie i politycznie było dobrze, duchowo zaś dobrze nie było. Był to tajemniczy okres, w którym ludzie - jak i dzisiaj, co też daje się odczuć - na coś czekali: poeta Wergiliusz w poetyckim uniesieniu zapowiadał narodziny dziecka, które rozpocznie nową erę Saturna; Buddyści przygotowywali się na nadejście Buddy Maitreji; Hindusi oczekiwali następnej inkarnacji Wisznu. Żydzi oczekiwali Mesjasza. Łatwo dostrzec, że oczekiwanie jest zawsze zmaganiem się z czasem. Ale dla chrześcijanina jest to też zmaganie się z samym sobą, swoimi słabościami i ułomnościami. Jest to czas przebudzenia duchowego. To jest jeden wymiar tego świątecznego oczekiwania, odczuwanego podczas wigilii. Jest jednak i drugi, ważniejszy. Lubimy wigilię (mam nadzieję!) nie ze względu na prezenty, choinkę i całą tę świąteczną oprawę, o której mówisz, lecz przede wszystkim dlatego, że w tym przeżywanym wydarzeniu najmocniej ujawnia się właśnie to inne oczekiwanie. Nie jest ono z codziennego wymiaru naszego istnienia. Najczęściej, bowiem z tym słowem „oczekiwanie” wiąże się coś „dla siebie”, dla „swoich najbliższych” itp. Tu jednak, w czasie wigilii, chodzi o inny wymiar: czekamy na coś nowego w sensie metafizycznym. I jeśli człowiek nie odkryje tego znaczenia, to staje znudzony przed tymi świętami mówiąc: „Co roku zawsze to samo”. W wigilię świąt Bożego Narodzenia czeka się na coś, co dotyczy całego istnienia, co odnosi się do całego bytu. Można powiedzieć, że w tym oczekiwaniu nie chodzi tylko o mnie, o moich najbliższych, lecz chodzi o wszystko, o całe istnienie. Powiem inaczej: chodzi w nich o mnie, lecz dlatego, że chodzi o wszystko. I to się czuje podczas wigilii. Stąd tak mocno wyrażone w polskiej tradycji, że nawet zwierzęta czekają i w tym wszystkim uczestniczą. A pamiętam z dzieciństwa pastorałkę o „cudnej zorzy”, która też oczekuje na narodziny. Jednocześnie w tym wigilijnym oczekiwaniu ujawnia się, że to, na co czekamy, nie jest „nasze”, nie jest określone przez to, co zrobiliśmy, zaplanowaliśmy, zaprojektowaliśmy. Czekamy, ale nie my jesteśmy tego podmiotem, coś nas niejako nachodzi, ogarnia, zmusza do reakcji i my tylko możemy to przyjąć lub odrzucić. Głębia oczekiwania często oznacza: nie wiedzieć, co nadejdzie, lecz wiedzieć, że jest to niezwykle ważne, istotne dla naszego bytu. I to dzieje się w wieczór wigilijny. W takim metafizycznym oczekiwaniu, w którym „chodzi o wszystko” zawsze jesteśmy niegotowi. Zresztą do spraw bardzo ważnych nigdy nie jesteśmy przygotowani, zawsze przychodzą one nie w porę. I oczywiście nie każdy sprosta temu oczekiwaniu, gdyż – jak mówi mój ulubiony poeta B. Leśmian -

I cóż, że surma w niebie gra By nowym bytem świat odurzyć? Nie każdy śmiech się zbudzić da Nie każda łza się da powtórzyć.

- Do czego w ogólne potrzebne są nam święta? Chcemy oderwać się od szarzyzny codzienności? Świętują przecież także ateiści.

- Uważam, że chodzi o coś znacznie więcej, niż tylko oderwanie się od codzienności. Leszek Kołakowski napisał w jednej ze swych książek, że niezwykle ważne jest, abyśmy w naszym istnieniu, odnoszeniu się do świata i innych, nie ograniczali się i nie zamykali. Musimy wiedzieć i czuć, że na przykład miłość to nie tylko pęd do prokreacji i przyjemności, dom to nie tylko schronisko, wiedza to nie tylko narzędzie do przetrwania gatunku, osoba ludzka to nie tylko troska o egoistyczną wygodę, kultura to nie tylko świat do wykorzystania itp. W tym wszystkim zawsze jest i powinno być „coś więcej”. Trudno jednak zachować i troszczyć się o to „więcej” i „jakoś inaczej”. W naszym bytowaniu ulegamy skłonności do ograniczania i zatopienia się w „tylko tak i nic więcej’. Arcybiskup Życiński nazwał tę postawę ładnym słowem „nicwięcyzm”. Religia i świętowanie to jeden ze sposobów przełamania „nicwięcyzmu”. Oczywiście są jeszcze inne, na przykład filozofia i sztuka, lecz religia należy do najłatwiejszych sposobów, dostępnych dla każdego. I dodatkowo, co trzeba podkreślić, filozofia i sztuka we współczesnej kulturze takiej „funkcji ochronnej” wydają się nie spełniać: sztuka upadła w komercję, filozofia zaś… nie warto nawet mówić. Dlatego religia jest tak ważna, wydaje się, że tylko ona pozostała, jako ochrona przed „nicwięcyzmem”, i jeszcze skutecznie się broni przed upadkiem, choć coraz więcej jest takich, którzy chętnie by i ją wyrzucili na śmietnik, jak to stało się ze sztuką i filozofią. Jeśli ten „nicwięcyzm” nazwiemy chorobą - bo rzeczywiście jest to choroba naszego bytowania, w której podejmuje się próby wyjaśnienia świata (istnienia, człowieka, samej kultury...) wszystko umniejszając i redukując do „tu i teraz” - to religia i święta stanowią znakomite lekarstwo na tę infekcję. Święta otwierają świat i nie pozwalają nam go ograniczyć. To, co dzieje się w tym czasie, również Bożego Narodzenia, burzy ten sztuczny ład i porządek, który uzyskaliśmy przez zamknięcie świata i ograniczenie do „tu i teraz”. Wszystko jest w nich zawsze „czymś więcej” i „jakoś inaczej”, wszystko jest otwarte na coś innego. Podejmujemy w nich próbę odzyskania tego, co zostało usunięte w codziennej postawie „nicwięcyzmu”. Doświadczanie tych świątecznych dni wskazuje też, że jesteśmy zawsze istotami poszukującymi, nie możemy się przy niczym zatrzymać, nie możemy sądzić, że już osiągnęliśmy „siódmy dzień” spokoju. To wszystko się nie stało i nigdy się nie stanie, i musimy stale wykraczać ku temu, co „inne” i „nieznane”. W świętowaniu wszystko też traci jednowymiarowość, i zyskuje wymiar dodatkowy. Człowiek współczesny już dostrzegł, że taka wizja świata jednorodnego, zamkniętego i zatrzymanego (spełnionego)rodzi kulturę, która co prawda pędzi co sił, ale w rzeczywistości stoi w miejscu, nie posuwa się ani o centymetr. Również on sam nie potrafi się w tym świecie odnaleźć. To jest właśnie ta metafizyczna potrzeba religii i świąt. A ateiści, o których pytasz? Znałem jednego bardzo dobrze, był moim znakomitym nauczycielem filozofii, prof. Andrzej Nowicki, Wielki Mistrz Loży Wielki Wschód Polski. Myślę, że gdyby usłyszał to, co powiedziałem o niebezpieczeństwie „nicwięcyzmu”, zgodziłby się, co do diagnozy, nawet by przyjął rolę religii w procesie odzyskiwania szerszego wymiaru świata (jednym z jego ulubionych filozofów był Ernst Bloch, który myślał właśnie wokół pojęcia „jeszcze-nie” /noch-nicht/), lecz większą rolę w tym przypisywałby filozofii. Ja takiej nadziei już nie mam. Są oczywiście jeszcze inni ateiści, których postawa wyrasta raczej z buntu wobec religii i Kościoła, i oni – mówię z przykrością – nie leczą wcale z niebezpiecznej choroby „nicwięcyzmu”, lecz ją jeszcze pogłębiają.

- W wiele świąt wpisane są rodzinne spotkania. A zatem możemy chyba też mówić o funkcji integracyjnej? Chcemy przeżyć wspólnie coś magicznego?

- To słuszne spostrzeżenie. Przełamując „nicwięcyzm”, święta odbudowują również wymiar wspólnotowy naszego istnienia. Można powiedzieć, że nie mogą one mieć tylko charakteru indywidualnego, ani też masowego. Mają status podwójny: są prywatne, przeżywane indywidualnie, ale też nie mogą nie być wspólnotowe. Z obcymi ludźmi, bez ustanowienia wspólnoty, nie potrafimy świętować. To oczywiście nie musi być rodzina, lecz wspólnota jest jedną z ważnych cech konstytuujących święta. Wyraźnie można dostrzec, że gdy (kierując się modą) wielu ludzi wyjeżdża na święta do ośrodków wypoczynkowych, aby tam wśród obcych spędzić te dni, to bardzo szybko przekształca się ta sytuacja w wypoczynek, a nie w świętowanie, chociaż czasem mówi się o „świątecznym wypoczynku”. I nawet, gdy w takim „pakiecie” jest wszystko, to brakuje właśnie tej wspólnoty. Jeśli spędzane w autentycznej wspólnocie święta zawieszają, czy też zacierają podziały, to w takich sztucznych miejscach, stworzonych do świętowania wśród obcych ludzi, podziały takie jeszcze bardziej się nasilają, mimo przygotowanej w tych ośrodkach świątecznej atmosfery. Często ludzie wracają z takiego świątecznego wypoczynku skłóceni. Świętujemy bowiem zawsze z kimś bliskim, otwierając się na siebie, odczuwając łączność. Można powiedzieć, że świętowanie to wspólna organizacja życia, codzienności, czasu wokół czegoś ważnego. Przypomnę, że Gadamer kiedyś zwrócił uwagę na to, że święta się „obchodzi” (niemieckie begehen), to znaczy nie jest to jakieś „pójście dalej tą samą drogą”, lecz wspólne chodzenie wkoło czegoś ważnego. Żeby jednak naprawdę obchodzić święta (chodzić wkoło czegoś ważnego), to trzeba być razem. To szczególnie widać w Boże Narodzenie, gdy ludzie biorą udział w świątecznych rytuałach i czują, że łączy ich specjalny rodzaj więzi. Poczucie jedności jest w tych dniach szczególnie mocne. Wielu z nas pamięta takie święta w swoich rodzinach, gdy było mało indywidualizmu, a dużo właśnie tej tajemniczej jedności. Ale i z tym jest wielki problem dla współczesnego człowieka: bardzo trudno jest dla nas „być razem”, bardzo trudno pokonać złe wymiary indywidualizmu. Zygmunt Bauman podkreślał, że śmiertelny cios wspólnocie zadała informatyka. Pewnie to zbyt ostre stwierdzenie, lecz rana z tej strony jest rzeczywiście głęboka. Kto chce naprawdę świętować musi przełamać współczesną tendencję w naszej kulturze do samotności, izolacji i indywidualizmu, i odbudować więzi wspólnotowe. Bez tego nie da się właściwie świętować. Potrzeba świętowania to próba przywracania utraconych więzi wspólnotowych i sensu „bycia razem”.

- Spotkać się możemy dość często z opiniami, że polskie święta są szczególne, są przepiękne, mają niesamowitą atmosferę. To oczywiście mile łaskocze naszą dumę narodową, ale czy rzeczywiście w konfrontacji z innymi narodami mamy prawo tak sądzić, że polskie święta są takie piękne? A może tylko my, Polacy, tak uważamy?

- Trzeba najpierw podkreślić specyfikę polskiej nazwy tego święta, Boże Narodzenie, czyli: rodzi się Bóg. Nazwa odważna, wyrażająca nie tylko samo Wcielenie, lecz sposób jego dokonania. Jest w niej wszystko to, co ma na uwadze chrześcijaństwo. Łatwo dostrzec, że w tej nazwie jest nawet pewna sprzeczność (jakże Bóg może się narodzić?), która w innych językach się nie pojawia, a z którą my sobie jakoś radzimy. Angielskie Christmas oznacza po prostu mszę z okazji narodzin Chrystusa, niemieckie Weihnacht, to „święta noc”, rosyjskie Рождество Христо́во (Narodziny Chrystusa) to raczej ucieleśnienie, a nie narodziny. U nas wyraźnie: „Bóg się rodzi”, a to znaczy przychodzi na świat jako człowiek i jak człowiek. Święta w Polsce mają rzeczywiście szczególną atmosferę, przez włączenie w nie wielu figur, obrazów i tradycji. Żyje w nich nie tylko myśl (mam nadzieję, że żyje), lecz również wiele rytuałów i figur. Dzisiaj już wiemy, że wiele obrazów ze Starego Testamentu zostało wykorzystanych do ukazania boskości Jezusa. Takimi obrazami przepełnione są opisy narodzin Jezusa w Ewangeliach. I my wydaje się chętnie do tych mitycznych opisów dodajemy własne. Ludzie zawsze tworzyli obrazy, aby otoczyć nimi tajemnice i niejako nie pozwolić im wymknąć się do niebezpiecznej rzeczywistości. Nasze, polskie bożonarodzeniowe opowieści, wspaniałe kolędy, zwyczaje, to też obrazy dodane, aby uchronić Tajemnicę. Czy to jednak źle, że śpiewamy „maluśki jak rękawiczka”, że „anioł mówi pasterzom”, a matusia nie „dała sukienki”? Tych obrazów Bożego Narodzenia jest wiele w rożnych krajach. Ciągle obowiązuje na przykład brytyjska ustawa z 1551 roku nakazująca każdemu uczestniczenie w nabożeństwie w pierwszy dzień świąt i zabraniająca używania pojazdów w drodze do kościoła. Można się domyślać, że w tym zakazie nie chodziło wcale o to, aby ludziom utrudnić transport, lecz ochronić tajemniczy wymiar tych świąt. W tym wszystkim wyraża się troska o Tajemnicę, która wcale nie jest absurdem i zgorszeniem dla myślenia, lecz odwrotnie, jest wielkim dla niego impulsem i ochroną przed tym, aby człowiek nie utknął w swoim świecie. Chodzi tylko o to, aby te wszystkie świąteczne obrazy, którymi przepełnione jest polskie świętowanie, spełniały role otwierania nas, innych i całego istnienia.

- Większość tradycyjnych polskich świąt ma aspekt religijny, na przykład Boże Narodzenie, Trzech Króli, Wielkanoc, 1 listopada, ale – mam takie wrażenie – coraz bardziej świecczeją nam te święta. Mniej religijności, więcej komercji. Szał przedświątecznych zakupów, piosenki zamiast kolęd, zamiast zadumy i rodzinnej integracji wyjazdy do wspomnianych już przez Ciebie kurortów, bo kumulują się dni wolne. Coś chyba jest na rzeczy?

- Handel szczególnie czeka na święta Bożego Narodzenia. Coraz wcześniej znicze zastępowane są mikołajkami i bombkami. Jeden z moich znajomych mówi, że chciałby mieć sklep, kram, właśnie w tym okresie, przez jeden miesiąc. To wystarczy na dobry handlowy zarobek na cały rok. Cóż, jak powiedział kiedyś ojciec Oszajca: każdy musi mieć swoje żniwa i dla handlu jest to ten czas. Słusznie spostrzegasz zatem, że te święta uległy komercjalizacji. Należy jednak zapytać: dlaczego właśnie te święta? Dlaczego tak łatwo zamienia się w nich powagę nowego wymiaru istnienia w błyskotki tego świata? Być może coś takiego jest w „duchu” tego święta, co umożliwia łatwe przemienienie ich w czas konsumpcji? Pamiętam jeszcze te czasy, gdy podkreślano magię tych świąt, mówiono o „magicznych świętach” po to, aby odebrać im realność i konkretność. Lecz Boże Narodzenie to bardzo realne święta, metafizycznie odnoszą się one do całego świata, i to nie tylko świata duchowego, świata wartości, lecz przede wszystkim świata materialnego, bytu, istnienia. Bóg rodzi się w materii, wyrażając jej aprobatę, staje się człowiekiem, dowartościowując nasz byt. Świat nie jest już zły, godny potępienia i odrzucenia, gdyż w nim – mówiąc językiem religijnym - dzieje się zbawienie. Boże Narodzenie niezwykle mocno dowartościowuje radość i materię, w tym sensie nie mają one nic wspólnego z magicznością, lecz wiele z materialnością. I właśnie dlatego tak łatwo je przemienić w „święta błyskotek”. Chodzi w nich oczywiście również o ducha, ale przecież chodzi też o materię, codzienność, gdyż „chodzi o wszystko”, całe istnienie. Wyraźnie to widać w sztuce, w obrazach narodzenia. Kiedy patrzy się na przykład na „Mistyczne Narodzenie” Botticellego to wydaje się, jakby malarz chciał cały świat, wszystko, przyciągnąć do żłóbka z narodzonym Jezusem. Manichejska idea, w której świat, materia, rzeczywistość jest czymś gorszym, godnym potępienia, zostaje wraz z wydarzeniem tych świąt całkowicie odrzucona. Jednak obecne w nich dowartościowanie świata może być łatwo przewartościowane, gdy pozostawia się w nich tylko materialność, sprowadza tylko do zakupów, prezentów, komercji. I to się czasem dzisiaj dzieje. Drogą naprawy nie jest jednak przywrócenie ascetyczności, zrezygnowanie z radości, świątecznej i materialnej krzątaniny. W tych świętach chodzi o materię, o konkretny świat i trzeba to podkreślać. Drogą naprawy jest zachowanie tego wszystkiego, bo wszystko to należy do tych świąt i ma głęboki sens, lecz jednocześnie przywrócenie wymiaru duchowego, czy też religijnego.

   - Przed laty był taki kabaretowy cykl o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą i odwrotnie. A pytając już poważnie, zastanawiam się na ile realną konkurencję dla świąt religijnych stanowią w Polsce święta o innym rodowodzie? Mam na myśli zarówno święta państwowe, jak i chociażby tak zwane Walentynki, czyli Dzień Zakochanych, Dzień Kobiet. Niektóre nawet spotyka fala krytyki, zwłaszcza ze strony osób o bardziej tradycyjnych poglądach – tu przykładem może być Halloween.

- Każde święta mają sens tylko wtedy, gdy wraz z nimi my sami, inni ludzie i świat stają się troszkę lepsi. Już kiedyś o tym mówiłem, i to chyba u Ciebie, że jeśli człowiek naprawdę świętuje, to zawsze powinna w tym być obecna świętość, sacrum. Aleksander Brückner podkreśla w swoim słowniku, że słowo „święto” znaczeniowo związane było z kultem religijnym. To natomiast, co wyróżniało się w codzienności, a jednak nie było związane z takim kultem, było uroczystością. Chociaż w liturgii Kościoła uroczystość jest ważniejsza od święta (ściśle mówiąc: Boże Narodzenie, 25 XII, jest uroczystością, a nie świętem). Mamy na przykład: uroczyste zakończenie szkoły, uroczyste wręczenie dyplomu, uroczyste wręczenie indeksów, uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego itp. Godne celebrowanie tych uroczystości i rytuałów jest niezwykle ważne. Stanowią one inicjację, wprowadzenie człowieka w nowe sytuacje, pomagając w uświadomieniu tego, kim jest, co może, co powinien itp. I długo też pozostają w pamięci, jeśli oczywiście są właściwie celebrowane, próbuje się w nich, bowiem połączyć współczesny „zabiegany” świat z dostojną powagą tradycji. Na naszym uniwersytecie wspaniale celebruje się rozpoczęcie roku akademickiego, lecz zasmuca mnie, gdy niekiedy obserwuję, że na przykład immatrykulacje wydziałowe tracą ten uroczysty charakter i stają się tylko technicznym „zaliczeniem”. W tych wszystkich uroczystościach nie ma jednak sacrum, nie ma świętości, są jednak pewne wartości, o które należy szczególnie się troszczyć. Dzisiaj zapomina się o tej różnicy i świętowaniem nazywa się często to wszystko, co jest tylko inne od codzienności i stanowi wyłom w codziennym życiu człowieka. Uroczystości/święta państwowe, czy narodowe przywołują ważne wydarzenia, ukazują wartości, które powinny być istotne w życiu: patriotyzm, bohaterstwo, poświęcenie itp. Wspomniane przez Ciebie inne święta niereligijne to przecież też zachęta do kultywowania cennych wartości, wokół których warto organizować swoje życie. W tym kontekście, odpowiadając na Twoje pytanie, nie dostrzegam konkurencji między „świętami religijnymi” a „świętami o innym rodowodzie”. Przecież sfera religijna nie organizuje całej przestrzeni naszego życia, a nawet nie powinna tego czynić. Sens tych świąt jest, bowiem zupełnie inny: w tych pierwszych chodzi o świętość, sacrum, w tych drugich co prawda tego nie ma, lecz są w nich (powinny być) wartości, szczególnie cenne dla człowieka i kultury. Nie dostrzegam też konkurencji (czy zagrożenia) między dniem Wszystkich Świętych a Halloween. W tym pierwszym chodzi o radość z możliwości bycia świętym i bliskości ze zmarłymi, w tym drugim samą wartością jest zabawa, w której przecież nie ma nic złego, i można bawić się również maszkarami.

- A jak spędza święta Boże Narodzenia prof. Marek Szulakiewicz i jego rodzina?

- Wierzę w Chrystusa. Choć może powinienem powiedzieć inaczej, przywołując pewną myśl C. G. Junga. Otóż kiedyś zapytano tego geniusza: „Panie profesorze, czy wierzy Pan w Boga?”. A Jung odpowiedział: „Ja nie wierzę, ja wiem”. Powinienem też tak powiedzieć: „Ja nie wierzę w Chrystusa, ja wiem”! W swojej ostatniej książce „Naznaczeni tymczasowością”, w której, biorąc pod uwagę fizykę kwantową i współczesną naukę, próbuję zrozumieć istnienie, ostatniemu rozdziałowi nadałem tytuł „Uwzględnić Chrystusa”. Moi koledzy po przeczytaniu wydruku i pochwałach wobec tej przygotowywanej do druku rozprawy, prosili mnie o usunięcie tego rozdziału lub przynajmniej zmianę tytułu. Argumentowali tak: nie wypada dzisiaj mówić o Chrystusie, a na rynku wydawniczym taka książka z góry będzie miała gorszą pozycję. Rozdział pozostawiłem, gdyż uważam, że nie tylko wypada, lecz koniecznie trzeba o tym mówić. Jak widzisz po tej deklaracji, święta Bożego Narodzenia nie mogą być spędzane przez nas inaczej, niż w duchu chrystologii filozoficznej. Nasza najbliższa rodzina jest daleko, na Zamojszczyźnie i Rzeszowszczyźnie i święta te spędzamy najczęściej w Ciechocinku, choć nigdy w ośrodku wypoczynkowym. W tym roku będzie jednak inaczej. Będziemy je spędzać w nowym mieszkaniu w Toruniu, i w nowej wspólnocie religijnej, parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Nie wiem ani tego, czy my poczujemy się tam dobrze, ani czy zostaniemy zaakceptowani. W każdym razie będą to jak zwykle święta z chrześcijańską nadzieją, że „Bóg się rodzi, a moc truchleje” oraz wiarą w to, że świat i nasze życie mają sens.

Pozwól, że na koniec Tobie i całej wspólnocie akademickiej naszego Uniwersytetu złożę świąteczne życzenia. Bóg się rodzi w człowieku, to wielkie zobowiązanie dla każdego z nas. Życzę wszystkim, abyśmy temu zobowiązaniu podołali. Błogosławionych świąt Bożego Narodzenia.

- Dziękuję za życzenia i rozmowę.

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć