Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Z królewskich ambicji

Zdjęcie ilustracyjne
fot. nadesłana

Z prof. Bartoszem Awianowiczem z Instytutu Literaturoznawstwa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, badaczem intelektualnej historii Torunia, rozmawia prof. Marcin Czyżniewski

– Panie Profesorze, co Pan pomyślał, kiedy po raz pierwszy usłyszał o pomyśle przymusowego odkupienia ze zbiorów Książnicy Kopernikańskiej manuskryptu z biblioteki Macieja Korwina i przekazania go w prezencie Węgrom?

– To była wściekłość i niedowierzanie, a potem mobilizacja, żeby wykazać, że ten kodeks od ponad 420 lat jest nieodłączną częścią naszego dziedzictwa kulturowego.

– Autor projektu ustawy stwierdził, że nie ma on związków z polską kulturą…

– To zupełna ignorancja. Pierwszy wykład, w którym przytoczyłem oczywiste argumenty mówiące o związkach manuskryptu z Toruniem, a tym samym z Rzeczpospolitą, przygotowałem po raptem dwudniowej kwerendzie. Dalsza lektura toruńskich druków wykazała wielokrotne przywołania i opracowania kodeksu Nalda Naldiego w pismach toruńskich uczonych od mowy Schobera z 1594 roku do edycji III tomu Meletemata Thoruniensia 1731 roku.

– Te emocje, o których Pan wspomniał, podzielało wielu torunian, oburzenie było faktycznie powszechne.

– Krzepiące było to, jak wiele osób i instytucji włączyło się w ratowanie manuskryptu. Bardzo szybko zareagowali także prezydent miasta i marszałek województwa, stosowne uchwały przyjęli zarówno radni miejscy, jak i radni sejmiku. Prawie trzydzieści tysięcy podpisów pod petycją w sprawie manuskryptu, i to w pierwszym tygodniu od jej powstania, naprawdę robi wrażenie.

– Sprawa manuskryptu przypomniała nam postać Macieja Korwina, do dziś uznawanego  przez Węgrów za jednego z najwybitniejszych władców tego kraju. Latami walczył o utrzymanie tronu węgierskiego i czeskiego, próbował zdobyć koronę cesarską, a mimo to miał czas i energię, żeby stworzyć jedną z najważniejszych bibliotek ówczesnej Europy, a Buda porównywana była do starożytnych Aten.

– Takiego porównania użył wybitny humanista florencki Marsilio Ficino, który sam nigdy w Budzie nie był, co pokazuje jak daleko sięgała sława węgierskiej stolicy. Maciej Korwin to jeden z pierwszych na wskroś renesansowych władców w Europie na północ od Alp. Intelektualnie mocno związany z Italią, był człowiekiem renesansu w pełnym znaczeniu tego słowa, chociaż zmarł w 1490 r., a więc w czasach, które w naszej części Europy wciąż formalnie uznajemy za średniowiecze. O genezie biblioteki Korwina zdecydowało właśnie to jego humanistyczne zacięcie i intelektualne aspiracje.

– Przypomnijmy, że mówimy o władcy, który pochodził co prawda z potężnego, ale jednak nie królewskiego rodu.

– Tak, i te zbiory były niewątpliwie elementem budowy prestiżu władzy, miały tworzyć jego wizerunek. Proszę zwrócić uwagę, że tytuł manuskryptu Naldo Naldiego zaczyna się od słów: Epistola de laudibus augustae bibliothecae... To wprost nawiązanie do przydomka, a potem tytułu „Augustus” używanego przez rzymskich cesarzy. Rękopis powstał tuż po 1485 r., kiedy Maciej Korwin zdobył Wiedeń, chcąc sięgnąć po rzymską koronę. Sztab humanistów, który dla niego pracował, miał potwierdzić, że ktoś, kto ma tak szerokie horyzonty kulturowe, tak świetnie zna starożytną literaturę, jest ucieleśnieniem wizerunku władcy idealnego i w pełni na tę koronę zasługuje. Miarą aspiracji Macieja Korwina jest to, że nie poprzestał na łacinie. Istotną część kodeksów, które zebrał, spisano w klasycznej grece. Sam Korwin pewnie nie znał greki, jednak chęć posiadania kompleksowej biblioteki, autorów łacińskich i greckich, świadczy o realizacji ideału humanistycznego.

– W jaki sposób, w dość krótkim czasie, powstała tak imponująca kolekcja?

– Kolekcja liczyła około dwóch i pół tysięcy jednostek, niektórzy mówią nawet o trzech tysiącach, wliczając w to bibliotekę królowej Beatrycze Aragońskiej, która wniosła neapolitański pierwiastek na dwór swego męża. Mówimy o czasach, w których pojawia się już druk, jednak ten interesował Macieja Korwina mniej, przede wszystkim chciał mieć kodeksy, które w dużym stopniu powstały specjalnie dla niego. Tworzono je w skryptorium, które działało we Florencji pod nadzorem właśnie Naldo Naldiego, autora naszego „toruńskiego” manuskryptu. Drugie skryptorium działało w samej Budzie, stworzył je tam inny Włoch, Taddeo Ugoleto. W tych skryptoriach, opłacanych przez króla, przepisywano dzieła najważniejszych klasycznych autorów. Nie wszystkie dzieła powstały specjalnie dla Macieja, królewscy agenci skupowali także istniejące już kodeksy, m.in. bizantyjskie. Chodziło o to, by stworzyć kompleksową bibliotekę greckich i łacińskich autorów, zarówno pogańskich jak i chrześcijańskich. To wymagało wielu lat pracy. Wiemy, że gromadzenie zbiorów rozpoczęło się w  latach 60. XV w., a nabrało tempa w ostatnich pięciu latach życia Macieja Korwina. Wymagało także ogromnego majątku, który król mógł przecież wydać na prowadzenie wojen, polowania, zbroje, a jednak zdecydował się przeznaczyć na stworzenie tej wyjątkowej w ówczesnej Europie kolekcji, która ustępowała jedynie bibliotece watykańskiej, a możemy ją porównać ze znakomitą biblioteką Medyceuszy.

– Niestety, biblioteka nie przetrwała swojego twórcy. Ubożała jeszcze zanim w 1526 r. do Budy wkroczyli Turcy.

– Badacze węgierscy szacują, że skryptorium w Budzie działało jeszcze w 1492 r., a więc dwa lata po śmierci Macieja Korwina. Na ostatnich skończonych kodeksach jest już herb nowego władcy, Władysława Jagiellończyka. Niestety, zupełnie nie podzielał on humanistycznych pasji swojego poprzednika. Przestał opłacać skryptorium i włoscy humaniści po prostu wrócili do domu, zabierając ze sobą nieukończone manuskrypty. Sam Władysław rozdał część kolekcji jako podarki dyplomatyczne, część po prostu sprzedano. Już w latach 90. XV w. pojawiły się relacje o tym, że biblioteka jest w fatalnym stanie, nie można znaleźć niektórych książek, manuskrypty są zjadane przez gryzonie, szkodniki i nikt o nie nie dba. Klęska wojsk węgierskich pod Mohaczem i wejście Turków na Węgry tylko przyspieszyły proces degradacji biblioteki, chociaż trudno dziś ustalić, które księgi opuściły Budę jeszcze za Jagiellonów, a które już za okupacji tureckiej. Pewną wskazówką może być stan opraw.

– Nie potrafimy z całą pewnością powiedzieć, jak kodeks Naldiego znalazł się w Toruniu i kto podarował go bibliotece Gimnazjum. W tych historiach pojawia się i jakiś anonimowy darczyńca, i ówczesna rada miejska. Mamy jakieś wiarygodne tropy?

– Obydwie proweniencje są możliwe. Mamy opis Jakuba Zernekego, toruńskiego historyka z przełomu XVII i XVIII w., który wspomina o czterech źródłach, z których pochodziły zbiory biblioteki Gimnazjum Akademickiego: księgozbiór Rady Miejskiej (Raths-Bücher), pozostawioną w Toruniu bibliotekę Erazma Glicznera, ewangelickiego kaznodziei z kościoła Najświętszej Marii Panny, donacje rajców oraz książki podarowane przez doktora medycyny Martina Mochingera. Kodeks Naldo Naldiego pochodzi zapewne z któregoś z tych źródeł.

Pierwsza informacja o obecności dzieła w Toruniu datowana jest na rok 1594 r. i zawdzięczamy ją Hulderykowi Schoberowi, konrektorowi Gimnazjum Akademickiego. Nie tylko wygłosił on mowę, w której wymienił kodeks z biblioteki Korwina, ale opracował go i wydał w druku. Schober nigdzie nie wspomina, by to on sam przekazał to dzieło bibliotece, ale nigdzie też nie chwali się podarowaniem jej innego dzieła, kodeksu Juvenalisa,  tymczasem z dołączonej do niego karty przedtytułowej wiemy, że to właśnie Schober przekazał Gimnazjum to dzieło, znajdujące się wcześniej w rękach jego teścia, Melchiora Pyrnesiusa. Może więc to faktycznie jego donacja, możemy jednak poruszać się tylko w sferze mniej lub bardziej uzasadnionych domysłów.

– Nie wiemy również, co działo się z dziełem Naldiego po tym, jak opuściło Budę i jaką drogą dotarło do Torunia. Tymczasem między śmiercią Korwina, od której jego zbiory ulegały rozproszeniu, a pierwszą wzmianką o obecności dzieła w naszym mieście minęło ponad sto lat.

– To mogła być droga przez Wiedeń. Zachowały się listy humanistów, którzy pozyskiwali corviniana dla dworu cesarskiego w Wiedniu w pierwszej połowie XVI w.  Druga możliwość to północna Italia. Wspomniany kodeks Juvenalisa ma taką właśnie proweniencję, pochodzi z Pawii. Nie wykluczam, że któryś z bogatych patrycjuszy kupił go podczas swojej peregrynacji do Włoch.

– Niezależnie od losów kodeksu, już w XVI w. zdawano sobie w Toruniu sprawę z tego, że mamy w swoich zbiorach dzieło wyjątkowe i cenne.

– Tak, świadczy o tym sam fakt jego wydania w całości w 1594 r. przy okazji starań o podniesienie Gimnazjum do rangi akademickiej. W wydanym rok później zbiorze mów na temat wzorców, planowanego programu i tworzonych ram organizacyjnych przekształcanej uczelni, Schober stawiał bibliotekę Korwina na równi z najwspanialszymi bibliotekami świata antycznego: aleksandryjską i pergamońską. Świadomość wysokiej rangi biblioteki Macieja Korwina wynikał właśnie z obecności w Toruniu panegiryku, który ją opisywał. Dawny Toruń, w tym Schober, a później Peter Joenischen, rektor Gimnazjum w latach 1706–1738, uczynił wiele zarówno dla popularyzacji samego kodeksu jak i postaci Macieja Korwina i jego biblioteki.

– Gimnazjum Akademickie było intelektualnym centrum nie tylko dawnego Torunia, ale i Prus Królewskich, a wpływ na to miała także jego biblioteka. Jakie jeszcze cymelia znalazły się w tej kolekcji i jakie były późniejsze losy tych zbiorów?

– Już z pierwszego, rękopiśmiennego opisu biblioteki, z 1594 r., wiemy dobrze, jak ona wyglądała, z jakich składała się działów, chociaż niestety nie wymieniono tam tytułów poszczególnych ksiąg. Mamy za to informacje o różnych przedmiotach, które również wchodziły w skład biblioteki. To na przykład dwa globusy, zachowane do dziś, globus Ziemi i globus Nieba. Zerneke wspomina, że Gimnazjum miało kompletny szkielet człowieka, podarowany przez jednego z ówczesnych lekarzy, jest też informacja o spreparowanym krokodylu i spreparowanym skorpionie.

Ze zbiorów Gimnazjum pochodzi słynny toruński portret Mikołaja Kopernika, eksponowany dziś w Sali Mieszczańskiej ratusza, zresztą nie tylko ten. Wiemy, że Gimnazjum miało w swoich zbiorach portrety Marcina Lutra i jego małżonki autorstwa samego Łukasza Cranacha lub pochodzące z jego warsztatu. Te, niestety, zaginęły. Jeśli chodzi o księgozbiór, wymieniłbym wspomniany kodeks z Pawii z 1460 r. i autograf Filipa Melanchtona, bliskiego współpracownika Lutra, co dla protestanckiej szkoły musiało mieć wielkie znaczenie. Oba te dzieła mamy dziś w zbiorach Książnicy Kopernikańskiej, która jest spadkobierczynią biblioteki Gimnazjum Akademickiego.

Można powiedzieć, że zbiory Książnicy to prawie kompletna biblioteka gimnazjalna, zarówno manuskrypty, jak i druki, w tym inkunabuły. To absolutna rzadkość, bowiem w Polsce mamy tylko cztery ośrodki, w których znajdują się oryginalne zbiory z tak długą, ciągłą tradycją: to spuścizna gdańskiego gimnazjum akademickiego przechowywana obecnie w tamtejszej bibliotece PAN, zbiory elbląskie, ocalałe mimo potężnych zniszczeń, i zasoby biblioteki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zbiory najstarszej biblioteki publicznej w Warszawie, czyli Biblioteki Załuskich, zostały zniszczone ostatecznie w czasie II wojny światowej, ale i tak powstała ona dopiero w XVIII w., kiedy w Toruniu już od 150 lat mieliśmy  bibliotekę, która pełniła funkcję książnicy szkolnej, ale też publicznej, którą chętnie zwiedzali przyjeżdżający do miasta goście.

– Dziękuję za rozmowę

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

Reprodukcja strony kodeksu – Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa Reprodukcja strony kodeksu – Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa