Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Czym jest dla współczesnego człowieka śmierć?

obrazek: fot.Andrzej Romański]
fot. Andrzej Romański

Żyjemy w czasie niezwykłym. Po raz pierwszy w historii ludzkości na taką skalę codziennie odliczamy śmierć. Globalnie i lokalnie. Początkowo wielu to szokowało. Z czasem do tej odliczanki przywykliśmy.

O śmierci zdziczałej z prof. dr. hab. Józefem Binnebeselem, twórcą tanatopedagogiki, rozmawia Ewa Walusiak-Bednarek

– Wiele lat przed pandemią dostrzegał Pan, że coś niedobrego zrobiliśmy ze śmiercią. „Żyjemy w czasach śmierci na opak” – pisał Pan siedem lat temu. – „A wraz z jej pojawieniem się kończy się panowanie śmierci oswojonej i zaczyna dominować śmierć zdziczała”.

– Pojęcie śmierci zdziczałej wprowadził do tanatologii Philippe Aries. W książce Człowiek i śmierć zaproponował typologię historii człowieka w kontekście jego stosunku do śmierci. Śmierć zdziczała, śmierć nieoswojona to coś, z czym sobie nie radzimy. Śmierć zdziczała tak jak oswojony zwierzak wypędzony z domu. I zaczęła napawać człowieka coraz większym lękiem w miarę swojego dziczenia. My, współcześni, patrzymy na śmierć schizofrenicznie. Szczególnie w Polsce… Mam prośbę, pani Ewo. Proszę wymienić bohaterów narodowych.

– Kościuszko, Sobieski, Piłsudski…   

– No, właśnie! To są żołnierze. Wojownicy. A dlaczego nie Curie-Skłodowska, dlaczego nie Rydygier? Niby mamy kult bohaterów, ale jest to kult wojowników. Proszę zauważyć, że świętujemy na ogół bitwy (głównie przegrane), a nie wydarzenia, które coś budują. Hołdujemy śmierci bohaterskiej. Dzieci wychowuje się w kulcie zmarłych bohaterów. Także w rodzinie. A z drugiej strony większość z nas nie weźmie dziecka na pogrzeb bliskiej osoby. Uciekamy od śmierci w codzienności. Uważamy, że dzieci mają czas, by zapoznać się ze śmiercią, a jednocześnie dla każdej rodziny najważniejsi są ci przodkowie, którzy zginęli – najlepiej w dramatycznych okolicznościach. Kiedyś poproszono mnie o konsultację na Ukrainie w sprawie chłopca, któremu umarł ojciec – na raka. Trwała tam wtedy wojna. Dla niego najważniejszym problemem nie było to, że tata umarł, tylko to, że tata nie zginął na froncie. Schizofreniczne podejście do śmierci jako terapeuta uświadomiłem sobie dawno, ale to doświadczenie było dla mnie wstrząsające. Jeszcze raz to powtórzę, z jednej strony mamy gloryfikowanie śmierci, z drugiej – uciekamy od niej.

W domu nie rozmawia się o „zwyczajnej” śmierci. Oczywiście nie w tym rzecz, żebyśmy codziennie powtarzali dziecku Memento mori czy „Uważaj, bo jak umrzesz to pójdziesz do piekła”. Nie chodzi o to. Chodzi o to, żeby dziecku pokazać, że wartością życia jest to, że jest skończone. Gdybyśmy żyli wiecznie, nie szanowalibyśmy życia. O to chodzi w tanatopedagogice. Tanatopedagogika wbrew pozorom jest pedagogiką szacunku do życia.

I jeszcze jedno. Współcześni mają tzw. syndrom pilota. Jak jest coś, co nam się nie podoba, to zmieniamy kanał. A w życiu tak nie jest! Z jednej strony mamy bajki pełne przemocy, epatujące przemocą wiadomości. Jeśli ktoś nie zginął, nie umarł, gdzieś nie wybuchła bomba – to nic się nie dzieje! Więc tę tabloidową śmierć w siebie wchłaniamy, a nie potrafimy z dziećmi rozmawiać o śmierci codziennej. Często moi pacjenci zadają mi pytanie: „No, dobrze, to mam z dzieckiem pójść na pogrzeb, czy nie?”. To jest złe pytanie. Trzeba zadać sobie inne pytania: Co ja, jako ojciec, matka z tym pogrzebem zrobię? Czy to będzie tylko jednorazowe wydarzenie, po którym dziecko zostanie z otwartymi pytaniami, czy też będzie to jakiś element wrastania w rzeczywistość? Rozmawianie z dziećmi o śmierci to jest cały wielki problem. Z reguły unikamy tego tematu. Włączamy inny kanał.

–  Jeszcze całkiem niedawno ciało osoby zmarłej zostawało w domu aż do pogrzebu. Dlaczego wygnaliśmy śmierć z domów?

– To jest problem wielowarstwowy. W XX wieku śmierć wyrwała się z łańcucha naturalności. Oglądała Pani film Życie jest piękne?

– Tak.

–  Analizuję ten film ze studentami w ramach tanatopedagogiki. Zawsze na początku zadaję im pytanie: „Jak myślicie, dlaczego chciałem, żebyście ten film obejrzeli?”. Są bardzo różne odpowiedzi…

– To, w jaki sposób dziecko przeżywa rozmaite, także ekstremalnie trudne sytuacje, zależy od rodziców, to oni stwarzają dziecku świat….

– Mam na myśli coś prostszego. Studenci często mówią, że to niemożliwe, by taka historia zdarzyła się w obozie. Że to jest absurd! A Holokaust nie był absurdem? Holokaust? Rwanda?... Przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Absurdem dla nas jest to, że film pokazuje rzeczywistość nierealną. W naszym kraju miliony osób zostało poniżonych przez faszyzm. I są w nim nadal ludzie, którzy podnoszą rękę w nazistowskim geście. Nie widzi Pani tego absurdu? Wydaje nam się, że skoro coś jest absurdalne, nielogiczne, to nie może w realnym świecie zaistnieć… A jednak zaistniało…

Wracając jednak do przyczyn ucieczki od śmierci. Kiedyś śmierć nam towarzyszyła i była czymś naturalnym. Ale w pewnym momencie zaczęła – poprzez swoje niewyobrażalne okrucieństwo – przerażać. Chociażby poprzez skalę zaplanowania. Dlaczego w narodzie żydowskim Holokaust jest taką traumą? Bo to jest tak, jakby nagle ktoś wymyślił, że wszyscy noszący okulary muszą zginąć. Muszą! I zaczął to systematycznie, skrupulatnie realizować. Musieliśmy taką śmierć wyprzeć.

Z drugiej strony jest kwestia medykalizacji śmierci. Dawniej od umierania nie byli lekarze. Byli kapłani. O tym też pisze Aries. W pewnych swoich badaniach pytałem: „Gdzie ludzie umierają?”. Niemal wszyscy odpowiadali: „W szpitalach”. A przecież kiedyś miejscem umierania był dom. Pani Ewo, jak się nazywała Pani praprababcia?

– Nie wiem.

– Większość naszego pokolenia ma z tym problem. Ale młodzi mają problem z nazwiskami pradziadków. Staliśmy się społeczeństwem zatomizowanym. Rodzina to tata, mama i dzieci. To widać także w architekturze. Dobrym przykładem są szlacheckie dworki, ale wiejskie chałupy też tak wyglądały. Wszystko było na jednym poziomie. Było miejsce dla mamy, taty, dzieci, ale było też miejsce dla babci i dziadka, a także dla wujka utracjusza, dla lekko stukniętej cioci... Dzieci wrastały w ten sposób w złożoną rzeczywistość. Słyszały odgłosy seksu, który jest przecież naturalną częścią życia rodzinnego, i wrastały w to naturalnie. Babcia najpierw pomagała w kuchni, potem była coraz słabsza. Zaczęła niedomagać, trzeba było przynieść jej mleka, zaopiekować się nią. Mamy tutaj dwie rzeczy. Śmierć i umieranie. Dzieci towarzyszyły bliskim przy umieraniu i często przy samej śmierci. A w tej chwili wszystko dzieje się gdzieś indziej; w domach opieki i w szpitalach.

Dlatego też niezmiernie ważna jest instytucja hospicjum. Hospicjum to namiastka domu. Tu – po poniewieraniu w szpitalu – pacjent odzyskuje na nowo swoją podmiotowość. Tu rodzina jest tak samo ważna jak chory. W toruńskim hospicjum, jak i z pewnością we wszystkich innych, pacjenci, ich bliscy i cały zespół stanowią jedną rodzinę. Jesteśmy jednym z niewielu krajów, gdzie funkcjonuje rozróżnienie pomiędzy opieką paliatywną i opieką hospicyjną. Hospicjum to nie tylko miejsce, gdzie jest sprawowana opieka paliatywna. Hospicjum jest czymś więcej. Jest pewnym sposobem patrzenia, sposobem myślenia. W jednym z tekstów napisałem, że śmierć stała się theatrum, przedstawieniem, świętem. Hospicjum jest ucieczką od teatru śmierci. Śmierć stała się teatrem, bo nie chcemy towarzyszyć umieraniu. Dlatego moim zdaniem musiała powstać tanatopedagogika. Żeby przywrócić śmierci naturalność. Istotą tanatopedagogiki jest pokazanie, że śmierć jest i nie powinna nas przerażać. Szanujmy życie, bo jest skończone.

– Chciałby Pan przywrócić naturalny porządek, także ten związany z końcem życia.

– Tak! Pani Ewo, zadam Pani pytanie: chciałaby Pani umrzeć nagle i szybko czy…?

– Oczywiście! Nagle i szybko!

– Większość osób tak odpowiada. Ale przecież jesteśmy krajem katolickim i mamy modlitwę „od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie”. Większość z nas to osoby wierzące (przy odróżnieniu oczywiście wiary od religii). W każdym razie prowadzę zajęcia z księżmi i często ich pytam: „Chcecie iść do nieba?”. Odpowiadają: „Tak, chcemy!”. Po czym pytam: „Ale tu i teraz, zaraz?”. Często wtedy następuje cisza. Jeśli wierzymy, że niebo jest czymś tak pięknym, to co nas tutaj trzyma? Pytaniem jest tak naprawdę, czy wierzymy w owo niebo, czy tylko deklarujemy tę wiarę…

– Są może takie religie, w których życie pozagrobowe jest bardziej atrakcyjne…

– Nie, nie, nie! To nie jest kwestia religii. Każda religia jest w pewnym sensie idealistyczna i piękna. Problem jest z wyznawcami tych religii. My, jako wyznawcy takiej lub innej religii, nie traktujemy wielu rzeczy poważnie. Rozmawiam z ojcem, którego dziecko jest w żałobie. Często w końcu pytam, gdy ojciec nie chce, by dziecko uczestniczyło w ceremonii pogrzebu: „Dlaczego uważasz, że dziecko nie powinno iść na pogrzeb?”. I niemal zawsze pojawia się wtedy stwierdzenie, że ma jeszcze czas. I tu zaczynamy mówić o Relacyjnej Terapii Zastępczej. W jakimś momencie musimy stanąć przed pytaniem: „Co ja czuję w tej chwili?”. W chwili, gdy dziecko zadaje pytanie: „Gdzie jest mama?”. Zazwyczaj stosujemy wtedy wytrych słowny, na przykład: „Poszła do nieba”. Ale czy w to wierzymy? Dzieci mają absolutny słuch. Więc to jest prawdziwy problem! Muszę powiedzieć dziecku coś, w co nie wierzę. No i jestem nieprzekonujący. Bo sam sobie z tym nie daję rady.

– Jak można wtedy dziecku odpowiedzieć?

– To jest pytanie, którego nie lubię. Czasami mam telefony: „Moje dziecko umiera, co robić?”. Odpowiadam: „Nie wiem”. Z bardzo prostego powodu – nie znam dziecka i nie znam rodziny. Jeżeli ktoś Pani powie, że ma dla takich sytuacji gotowca terapeutycznego…

– Chodzi mi raczej konkretnie o taką sytuację, gdy nie wierzymy w to niebo lub nie jesteśmy przekonani, że matka do nieba poszła.

– Powiem tak: jak diabeł święconej wody unikam generalizacji. Robię ze studentami taki test z fotografią. Pies ma pysk na kolanach mężczyzny. Pytam ich: „Co widzisz?” – „Smutnego psa”. Pytam: „Czy to widzisz czy interpretujesz?”. Miałem przypadek dziewczynki, której zmarła mama. Ciągle płakała. Więc widzimy, że dziecko płacze, i myślimy: „Płacze, bo zmarła jej mama”. Dziewczynka była w drugiej klasie szkoły podstawowej i bardzo się jąkała. Pomimo to miała wystąpić w przedstawieniu jako księżniczka. Bardzo się do tej roli przygotowała. Pięknie nauczyła się mówić wszystkie swoje kwestie. No i mama na to przedstawienie nie przyszła! Marysia była na nią zła. Była zła! Trzeba więc reagować na bardzo konkretne sytuacje. Inna historia: dziadek umarł i rodzice powiedzieli synowi: „Dziadziuś poszedł do nieba, ale będzie tam na ciebie czekał”. W sumie pięknie. Tylko że dziadziuś molestował siostrę tego chłopca, czego on był świadkiem. Rozumie Pani?

– Tak.

– Nie znam żadnej recepty. I każdy szanujący się terapeuta powie to samo.

– A jakieś ogólne zalecenia? Często dzieci oszukujemy…

– Słuchać! Słuchać! My chcemy wszystko załatwić jedną rozmową. Mówimy: „Krzysiu poszedł do nieba, bo był chory”. No tak. Ale jest to komunikat niepełny. Potrzebujemy tu jeszcze informacji, że nie każda choroba kończy się śmiercią. Tak, żeby dziecko nie pomyślało, że może umrzeć, gdy ma katar. Problem nie polega na tym, co powiedzieć. Problem polega na tym, że my w ogóle z dziećmi nie rozmawiamy. Trzeba dziecko słuchać, trzeba dziecku pozwolić mówić. Dziecko na pewno nam powie, w czym rzecz, jeśli tylko zdobędziemy jego zaufanie. Ale musimy mu pozwolić mówić.

Kwestia, czy mówić dziecku prawdę. Prawda nie jest stanem, prawda jest procesem, do którego się dochodzi. To nie jest tak, że ja się spotykam z dzieckiem i mówię: „Wojtek, masz raka i umrzesz”. Ja mu to mogę powiedzieć, ale mamy takie mechanizmy adaptacyjne i obronne, że on i tak wyprze tę prawdę. Kiedyś bardzo wykształconej kobiecie miałem przekazać informację, że dziecko jest cukrzykiem. Jest oczywiście pewien schemat przekazywania takich informacji. Tłumaczę. Pytam, czy rozumie. Tak, rozumie. Proszę, żeby powtórzyła. Powtarza. Po czterdziestu minutach wszystko, co trzeba było powiedzieć, powiedziałem. I ona zadaje mi pytanie: „To kiedy mój syn wyzdrowieje?”. Tak więc prawda to proces, także w przypadku dorosłych. Także dorosłym nie wszystko można powiedzieć. Czymś innym jest wiedza, a czymś innym jej przyjęcie. Ja to nazywam odroczeniem. Ludzie mogą powtarzać informacje, ale z odroczeniem akceptować rzeczywistość. Na początku musimy sobie uświadomić, co dziecko wie, ale także, co chce wiedzieć i na co jest gotowe. Na to wszystko potrzeba czasu. A my bez przerwy biegamy. I wszystko chcemy „załatwić”. Odfajkować rozmowę z dzieckiem. Z drugiej strony ważne jest, żeby nie oszukiwać. Dawniej dzieciom hospitalizowanym onkologicznie nie mówiono, w jakim są stanie. Badania pokazały, że postrzegały one swój stan zdrowia jako znacznie gorszy niż stan rzeczywisty. Ale tu cały czas chodzi o to samo. Problemem jest to, że nie rozmawiamy z dziećmi.  

– O śmierci nie rozmawiamy chyba także sami ze sobą. Odsuwamy myśl o własnej śmierci i swoich bliskich, bo tak się jej boimy?

– Zrobiłem duże badania dotyczące lęku przed śmiercią. Pojęcie lęku tanatycznego wywiodłem z koncepcji lęku egzystencjalnego Paula Tillicha, protestanckiego teologa. Moje badania pokazały, że my tak naprawdę nie boimy się śmierci. Boimy się życia. Pani Ewo, czy czuje Pani lęk przed śmiercią? Co Pani czuje, myśląc o swojej śmierci?

– Boję się umierania.

– To znaczy?

– Tego procesu… Bólu…

– Dobrze. Ale mówiąc o umieraniu, zastosowała Pani wytrych słowny. Konkretnie – boi się Pani bólu. A czemu się Pani boi bólu?

– Bo trudno to znieść.

– A czy Pani doświadczyła bólu?

– Tak.

– Widzi Pani, boi się Pani tego, co się Pani przydarzyło. Albo boimy się tego, czego sami doświadczyliśmy, albo tego, co widzieliśmy. Problemem jest to, czego wcześniej nie przepracowaliśmy, na przykład właśnie doświadczonego bólu. I ten ból projektujemy. Zresztą pojęcie bólu przy śmierci to jest też element kulturowy. W swoich badaniach stworzyłem narzędzie, które nazwałem CCJ i które stanowi element Tanatopedagogicznej Relacyjnej Terapii Zastępczej. Narzędzie składa się z trzech części: Czego się boisz? Czemu się boisz? i Jak sobie możesz z tym dać radę?. Pacjent ma wypisać pięć lęków, które się pojawiają, gdy myśli o swojej śmierci. Najczęściej jest tak, że ludzie wpisują dwa lęki, a potem mówią, że już nie wiedzą, co wpisać. Mówię wtedy: „Musi być pięć”. Oni odpowiadają, że będą wymyślać. A ja mówię: „To wymyślaj!”. Doprowadzam zawsze do tego, że jest pięć. I co się okazuje? Te dwa wpisane na początku, to są najczęściej lęki przekazane kulturowo; albo ból w różnej postaci, albo samotność, albo to, co będzie potem.

Przebadałem około ośmiuset osób pod kątem lęku tanatycznego; z Polski, Czech, Ukrainy i Włoch. Jak Pani myśli, w jakiej nacji najczęściej pojawiała się odpowiedź: „Boję się tego, co będzie po śmierci”?

– Obstawiałabym Polaków lub Ukraińców.

– Bo?

– Bo jesteśmy tacy jacyś wewnętrznie smutni.

– Czesi.

– Czesi, którzy są najmniej religijni?

– Każdy naród jest uduchowiony. Czesi najczęściej podają, że są ateistami. Ale tu bardziej chodzi o nieprzynależność do kościoła jako instytucji religijnej. W swoich badaniach lęku tanatycznego wykorzystałem poza przemyśleniami Tilicha koncepcję bólu totalnego Cecilie Saunders. Z tym, że ja mówię o cierpieniu, które jest bardziej uniwersalne, ból jest fizykalny. Badałem percepcję lęku tanatycznego w kontekście czterech elementów: bólu (fizycznego), elementu psychologicznego, społecznego i duchowego. Czesi w wielu wskazaniach mieli o wiele więcej elementów duchowych niż Polacy czy Ukraińcy. Ale my lubimy o sobie myśleć jako o uduchowionym narodzie. Moje badania pokazały coś innego, przynajmniej w tej kwestii.    

Wracając jednak do badania CCJ. Najciekawsze rzeczy, to są te w drugiej części listy. Po wypełnieniu całej ankiety, proszę pacjentów, żeby zaznaczyli lęk, którym musimy się najpierw zająć. Bardzo często jest to lęk spod kreski, ten, który „wymyślili”. Dalej pytam: „Czemu się tego boisz?”. Jak powiedziałem, zazwyczaj jest tak, że boimy się, bo to widzieliśmy lub sami doświadczyliśmy. No i potem mówię: „To powiedz, co możesz z tym zrobić?” Dlaczego o to pytam? Bo uważam, że najlepszym terapeutą jest sam pacjent. Moje zadanie jako terapeuty polega na tym, że muszę mu pozwolić odkryć w sobie odpowiedzi. On musi sobie pootwierać furtki. To jest cała istota. Odpowiedzi są w nas. Czujemy lęk przed śmiercią, ale tak naprawdę są to nieprzepracowane lęki życia. Ludzie boją się samotności. Ale boją się na przykład dlatego, że mają poczucie winy. Nie zajmowali się swoimi rodzicami, widzieli więc, jak to wygląda, jak to jest umierać w samotności. Albo sami doznali samotności. Co wtedy można zrobić? Trzeba się troszczyć o relacje z ludźmi. Jest dość dużo osób, które boją się zamknięcia w trumnie. Wydaje się to całkowicie irracjonalne. Ale potem okazuje się, że te osoby mają po prostu lęki klaustrofobiczne.

– Czyli jeśli podejmiemy próbę poradzenia sobie ze swoimi lękami, będziemy bać się śmierci mniej?

– Uważam, że tak. Że będziemy mieli wgląd w siebie. A my nie zaglądamy w siebie, nie zadajemy sobie najprostszych pytań. Prowadzę cały wykład o pytaniach. Na początku mówię do moich studentów: „Za parę lat będziecie pedagogami, terapeutami, księżmi, jakie musicie sobie najpierw zdać pytanie? Jakie jest to kluczowe pytanie, które musimy sobie zadać?”. Padają rozmaite odpowiedzi. Mówię im: „To jest pytanie banalne! Tylko że wy się tego pytania boicie. Więcej – wymagacie, żeby ktoś inny wam o tym mówił, a nie staniecie sami przed sobą w kontekście tego pytania”. Pytanie jest takie: czy siebie kochamy? Co to oznacza? Czy akceptujemy siebie takimi, jacy jesteśmy. Zacznijmy od tego najprostszego pytania.

– Dziękuję za rozmowę.

Prof. dr hab. Józef Binnebesel jest twórcą współczesnej koncepcji tanatopedagogiki oraz Tanatopedagogicznej Relacyjnej Terapii Zastępczej, wykorzystywanej w pracy z dziećmi przewlekle i terminalnie chorymi. Ostatnie badania realizowane w Czechach, Polsce, Ukrainie i we Włoszech pokazują zarówno teoretyczny, jak i praktyczny wymiar Tanatopedagogicznej Relacyjnej Terapii Zastępczej, a także autorskie rozumienie lęku tanatycznego ujętego w kontekście doświadczania pentosu. Zatrudniony w Katedrze  Rewalidacji, Resocjalizacji i Opieki Długoterminowej w Instytucie Nauk Pedagogicznych UMK. Autor szeregu publikacji z zakresu tanatologii, w tym między innymi monografii Opieka nad dzieckiem z chorobą nowotworową: aspekt pozamedyczny (2000), Opieka nad dziećmi i młodzieżą z chorobą nowotworową w doświadczeniu pacjentów (2003), Tanatopedagogika w doświadczeniu wielowymiarowości człowieka i śmierci (2013), Percepcja lęku przed śmiercią w kontekście Tanatopedagogicznej Relacyjnej Terapii Zastępczej (2017).

 

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

 [fot.Michael Szarpak]  [fot.Michael Szarpak]  [fot.Michael Szarpak]