Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Sens jest w drodze

Bohater rozmowy stojący na scenie. Ma założone ciemne okulary, ciemny t-shirt i koszulę z krótkim rękawe. Widoczny tatuaż na prawym przedramieniu. Muzyk gra na gitarze i śpiewa do mikrofonu umieszczonego na statywie. Ciemne tło ze smugą światła scenicznego za plecami postaci.
fot. Tomasz Dorawa

Z  Grzegorzem Skawińskim, gitarzystą, wokalistą, kompozytorem, autorem i producentem muzycznym, liderem zespołów Kombi, Skywalker i O.N.A., znanym również z licznych dokonań solowych, rozmawia Maurycy Męczekalski

– Jesteś powszechnie znany jako wybitny i wszechstronny gitarzysta. Opowiedz o swoich początkach. Podobno myślałeś kiedyś o akordeonie? Skąd wzięła się gitara w Twoim życiu? 

– To fakt. Moja edukacja muzyczna zaczęła się na akordeonie w latach 60. ubiegłego stulecia, kiedy był to bardzo modny w Polsce instrument i ja też chciałem grać… Ale jakoś mi na tym akordeonie nie szło. Byłem bardzo młodym człowiekiem, miałem wtedy 6–7 lat i wolałem grać w piłkę z kolegami, niż dukać jakieś nudne gamy, wprawki i szkaradzieństwa. Nauczyciel akordeonu – starszy pan – zasypiał na lekcjach, wtedy ja wymykałem się na podwórko :-) Po jakimś czasie stwierdził, że się nie nadaję na muzyka i rodzice zdecydowali się przerwać moją akordeonową przygodę. Zainteresowanie gitarą przyszło nieco później, bo gdzieś w okolicach 6 klasy podstawówki. Modni byli Beatlesi, Stonesi i polskie Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, nieco później Klan, Breakout, Czesław Niemen, SBB itd. A na zachodzie Led Zeppelin, Deep Purple, Hendrix, Cream. To spowodowało moje poważne zainteresowanie gitarą. Marzyłem, żeby grać jak moi idole, gitara była tym złotym graalem i tym magicznym przedmiotem, któremu poświęciłem całe życie…

– Czy obecnie grywasz często na gitarze klasycznej i czy wracasz do klasycznego repertuaru ze szkoły muzycznej? Moim ulubionym kompozytorem muzyki gitarowej jest Heitor Villa-Lobos, a  których kompozytorów klasycznych Ty najbardziej cenisz?

– Gitary klasycznej tylko trochę „liznąłem” na prywatnych lekcjach i rocznej nauce w Średniej Szkole Muzycznej w Gdańsku-Wrzeszczu, ale to wystarczyło mi, żeby pojąć, o co w tym chodzi i że raczej gitarzystą klasycznym nie zostanę… Mój wybór padł zdecydowanie na gitarę elektryczną i trwam w tym przekonaniu do dziś. Mam całkiem dobrą gitarę klasyczną Ramirez i czasami dla przyjemności grywam sobie jakieś etiudy i utwory, które jeszcze zostały mi w pamięci ze szkoły muzycznej. Pytasz o ulubionych kompozytorów muzyki klasycznej na gitarę również Villa-Lobos, ale i Jan Sebastian Bach, Ferdinando Carulli, Francisco Tarrega, Andres Segovia, Joaquin Rodrigo i wielu innych… Można by wymieniać wielu wspaniałych gitarzystów i jednocześnie kompozytorów muzyki na ten instrument. Czasami lubię posłuchać dobrej klasyki, nie zamykam się na żaden styl czy kierunek w muzyce.

– Edukacji muzycznej nie kontynuowałeś na poziomie wyższym. Uzyskałeś dyplom magistra pedagogiki specjalnej na Uniwersytecie Gdańskim. Wybierając kierunek studiów, nie myślałeś o znanym już wtedy Wydziale Muzyki Rozrywkowej PWSM w Katowicach, który później przekształcił się w legendarny Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej?

– Wtedy była to bardzo elitarna uczelnia, która dopiero się rozwijała, dostanie się tam graniczyło z cudem. Przyznam się, że nawet się nad tym nie zastanawiałem, wydawało mi się to nierealne. Dziś żałuję, że zabrakło mi wyobraźni i odwagi, żeby chociaż spróbować. Solidne podstawy zawsze się przydają w życiu zawodowym. Pewnie byłbym lepszym muzykiem po ukończeniu takiego kierunku. Ale potem zespół Kombi zaczął funkcjonować i przebijać się do świadomości społecznej i już nie było takiej możliwości, żeby zająć się czymś innym. Wtedy graliśmy już bardzo intensywnie – to było czasem nawet kilkadziesiąt koncertów miesięcznie…

– Wszyscy znają Ciebie jako gitarzystę rockowego, ale mnie interesują Twoje jazzowe fascynacje. Kiedy zainteresowałeś się muzyką jazzową? Kto poza Herbie Hancockiem i Chickiem Coreą należy do Twoich jazzowych mistrzów?

– To był dość naturalny proces w latach 70. ubiegłego wieku. Muzyka jazzowa przeszła niesłychaną metamorfozę, bardzo wielu muzyków, jak choćby Miles Davis, zaczęło grać jazz w połączeniu z rockową ekspresją i brzmieniem… Tak narodziła się muzyka fusion. Dla mnie otworzyły się muzycznie nowe sfery – gitara z rockowym przesterem zaczęła grać jazz.  Mahavishnu Orchestra, Chick Corea RTF, Weather Report, Herbie Hancock & Headhunters to była muzyka wykraczająca daleko poza rockowe schematy, urzekła mnie i uwiodła… Do dziś słucham sporo takich rzeczy. Czasami zdarza się, że sam gram gościnnie z Bernardem Maselim w jego projektach czy Walk Away lub Adamem Czerwińskim.

– Porozmawiajmy chwilę o instrumentach. Czytałem, że swoją pierwszą gitarę wykonałeś samodzielnie. To piękna historia. Opowiedz o tym.

– Historia tej pierwszej gitary jest i straszna, i śmieszna. Spróbowałem swoich sił jako lutnik i skończyło się to katastrofą, ha ha… To znaczy stawałem na głowie, żeby to „coś” wydało jakikolwiek dźwięk, ale się nie udało, bo nie mogło się udać. Konstrukcja rodem ze Zrób to sam Adama Słodowego przypominała wyglądem gitarę i na tym właściwie podobieństwa do prawdziwego instrumentu się kończyły. Ale moi rodzice widząc moje wysiłki i bezskuteczną walkę z materią postanowili chociaż w części sfinansować pierwszą, niestety nie elektryczną, gitarę… Ale początek był!!! Jakieś 2 lata później z tatą w stolicy kupiliśmy pierwszą moją gitarę elektryczną marki Defil.

– Twoją pierwszą gitarą elektryczną był krajowy, produkowany na Dolnym Śląsku Defil. Czy pamiętasz dokładnie jaki to był model? Czy na tej gitarze zagrałeś swój pierwszy koncert w życiu? 

– Defil był treścią mych marzeń i snów, modelu nie pamiętam. Była to gitara z pudłem, taka jakby jazzowa, ale miała 2 przystawki, no i była elektryczna. Od niej zacząłem na poważnie interesować się grą. W tamtym czasie wiedzę o instrumentach czerpało się jedynie ze zdjęć swoich idoli. Pamiętam, że nie miałem pojęcia jak brzmi Gibson Les Paul, SG czy Stratocaster Fendera, bo nikt ze znajomych muzyków nie miał takich instrumentów i nie było możliwości, żeby sprawdzić i zagrać na takiej gitarze. Dlatego nawet trudno było się zdecydować na zakup konkretnego modelu. Na mojego pierwszego Stratocastera składała się cała rodzina – ta gitara kosztowała równowartość rocznej pensji nauczycielki i był to wyczyn finansowy dla całej rodziny.

– Na koncertach widać, że często grasz na gitarach Fendera. Ile gitar posiadasz obecnie w  swojej kolekcji? Czy masz jakieś szczególnie ulubione instrumenty?

– Przez lata nazbierało się tych instrumentów około 50. Zresztą, ciągle tych gitar przybywa, ale staram się, żeby wszystkie były w użyciu. To niekończący się proces w poszukiwaniu tego jedynego, niepowtarzalnego tonu, brzmienia, którego pewnie nigdy nie znajdę. Ale sens jest w drodze, w próbach, dochodzeniu do celu, który jest nieosiągalny… A wszystko co piękne dzieje się po drodze i w międzyczasie. Generalnie moim najbardziej ulubionym modelem jest Fender Stratocaster. To jest instrument, który najpełniej oddaje moje myślenie i pasję muzyczną. Oczywiście grywam też na innych gitarach, gdy czasem potrzebuję innego brzmienia.

– Już po raz drugi uczestniczysz w Koncercie Pamięci Grzegorza Ciechowskiego. Wspominałeś, że się znaliście. Kiedy poznałeś Ciechowskiego? Czy w szalonych latach 80. często mijaliście się na trasach koncertowych?  

– Z Grzegorzem poznałem się dawno, jeszcze przed Republiką widywaliśmy się na różnych imprezach i koncertach w Trójmieście. Grzesiek pochodził z Tczewa. Oczywiście potem spotykaliśmy się często przy okazji różnych imprez muzycznych w latach 80.  A już pod koniec życia graliśmy wspólnie z Republiką wiele koncertów jako O.N.A., gdzie mieliśmy okazję poznać się naprawdę blisko… Grzesiek był i jest jednym z największych polskich muzyków, jego twórczość ma wartość ponadczasową. Jestem pewien, że gdyby żył, tworzyłby dalej świetne rzeczy. Dlatego toruńskie koncerty jego pamięci są dla mnie czymś ważnym i cieszę się, że mogłem być częścią tego przedsięwzięcia.

– Rozmawiając z Tobą, nie mogę nie zapytać o Waldemara Tkaczyka. Gracie ze sobą w zasadzie od samego początku, czyli zespołu Kameleon. Przez wiele lat występowaliście razem w różnych grupach. Na czym polega ta muzyczna fascynacja? Czy nie spotkałeś nigdy lepszego basisty?

– Dobre pytanie! Waldek jest znakomitym basistą, ale też autorem tekstów, kompozytorem, no i przyjacielem. Tak jakoś się ułożyło, że w większości projektów, w których grałem, graliśmy razem i to się pewnie nie zmieni, przynajmniej jeśli chodzi o Kombii, bo nie wyobrażam sobie kogoś innego na tym miejscu!!! Na perkusji w naszym zespole gra Adam Tkaczyk superperkusista – syn Waldka, więc jestem otoczony Tkaczykami  „w imię ojca i syna w zespole rodzina” :-)

– W materiałach prasowych dotyczących Twojej bardzo bogatej kariery muzycznej pojawiło się również nazwisko Ozzy’ego Osbourne’a. Czy naprawdę była szansa współpracy z legendarnym wokalistą Black Sabbath?

– To ciekawa historia, która mi się przydarzyła, obrosła już w Polsce pewną legendą. Sprawa miała się tak, że mój kolega z USA miał pewne koneksje w showbiznesie i dowiedział się, że Ozzy robi casting na gitarzystę i posłał kasetę z moją płytą Skawalker. Po kilku miesiącach dostałem list od Ozzy’ego, że przesłuchali, i, że jestem ewentualnie brany pod uwagę… Ale to już koniec tej opowieści, dalszego ciągu nie było. Niemniej sam fakt, że przesłuchiwali moje nagrania i napisali, był dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Warto mieć marzenia. Spodziewałem się różnych rzeczy, ale nie tego, że Ozzy będzie słuchał moich nagrań…

– Trójmiasto to Twoja mała ojczyzna. Przez lata mieszkałeś w Sopocie, teraz w Gdańsku. Opowiedz o swoich ulubionych miejscach.

– Tak naprawdę urodziłem i wychowałem się w Mławie i do 18 roku życia to było moje miejsce na ziemi… Potem wyjechałem na studia do 3City i zakochałem się na zabój w tym miejscu. Nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Tu jest przestrzeń, tu jest morze, tu są góry – no może wzgórza, piękne miejsce do życia i do mieszkania. Uwielbiam Trójmiasto po sezonie, kiedy plaże są momentami puste – tylko szum wiatru i plusk wody. Jestem chyba trochę romantykiem. Nie przepadam za tłumem, stąd pewnie mój wybór. Niech moje miejsca ulubione zostaną tajemnicą, ale zapraszam do Trójmiasta, to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce i nie tylko. 

– A jakie są pozamuzyczne pasje Grzegorza Skawińskiego? Mnie szczególnie zainteresowało malarstwo. W 2021 roku Twoje obrazy można było oglądać w jednej z gdańskich galerii sztuki. Jakie miejsce zajmuje obecnie malarstwo w Twoim życiu? Czy planujesz kolejne wystawy?

– Malowaniem interesowałem się zawsze, nawet w ogólniaku miałem jakieś przebłyski, żeby zdawać na ASP na malarstwo, ale wtedy jednak muzyka wygrała. Dziś patrzę na to inaczej, myślę, że dobrze się stało. Jako malarz czuję się bardziej świadomy dziś i wiem czego szukam. Tam gdzie się kończy muzyka, zaczyna się malarstwo i odwrotnie, dla mnie te pasje się uzupełniają i nie walczą ze sobą o prymat, kocham jedno i drugie. Wystawy miałem już cztery,  a kolejne w planie… Koncerty i nagrania też. Kocham to!!!   

– Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na kolejnych Twoich koncertach i wystawach.

pozostałe wiadomości

galeria zdjęć

 [fot.Tomasz Dorawa]