STUDIA Z GWARANCJĄ
Z prof. dr. hab. Andrzejem Sokalą, prorektorem UMK do spraw studenckich i polityki kadrowej, o różnorodnych aspektach rekrutacji rozmawia Winicjusz Schulz
Fot. Andrzej Romański

- Na początku naszej rozmowy chciałbym namówić Pana, by spróbował się Pan na chwilę wcielić w... tegorocznego maturzystę. Jak Pan sądzi - jak wybiera wymarzony kierunek studiów? Robi to raczej samodzielnie, czy liczy na czyjąś radę, doświadczenie, wsparcie?

- To trudne, by nie powiedzieć, niewykonalne zadanie. Przecież od pokolenia tegorocznych maturzystów dzielą mnie lata świetlne. Niemniej jednak na podstawie rozmów przeprowadzanych z młodymi ludźmi, na przykład podczas targów edukacyjnych, wiem, że o wyborze kierunku studiów decyduje w dużej mierze chęć rozwijania własnych zainteresowań, ale coraz częściej brane są także pod uwagę potrzeby rynku pracy i możliwości znalezienia dobrego zatrudnienia po studiach.

- Na co kandydaci na studia zwracają największą uwagę: na renomę uczelni, ciekawie brzmiącą nazwę kierunku, miejsce studiów, zakres wsparcia uczelni podczas studiowania?

- Wydaje się, że podejmując decyzję o wyborze studiów, kandydaci zwracają największą uwagę na warunki studiowania i atrakcyjność miejsca, w którym spędzą kilka lat. Myślę tu m.in. o dostępności akademików, systemie pomocy materialnej, kosztach utrzymania, czy odległości od domu. Ważna jest także "łatwość" dostania się na studia, a więc np. progi punktowe dające indeks, czy też liczba kandydatów na jedno miejsce. Coraz częściej jednak brane są pod uwagę także - i to dobrze - renoma uczelni, jej pozycja w rankingach i posiadane przez uczelnię certyfikaty. To gwarantuje wysoką jakość kształcenia i podnosi rangę uzyskanego dyplomu.

- Gdy ukaże się ten numer naszego czasopisma, abiturienci zmagać się będą z maturalnymi egzaminami. Za nimi decyzje o wyborze nieobowiązkowych przedmiotów maturalnych - dopasowanych do wymarzonych studiów. Tych wyborów już zmienić nie można, ale maturzysta może jeszcze podejmować decyzję, na której uczelni będzie chciał swe marzenia realizować. Jakimi argumentami chciałbym Pan przekonać tych młodych ludzi, że najlepszy wybór to Toruń i UMK?

- Dla większości i Toruń, i nasz Uniwersytet spełniają warunki, które decydują o wyborze miejsca studiów. Mamy przecież bogatą ofertę studiów, UMK to uczelnia o wysokiej renomie, warunki studiowania są bardzo dobre - świetna kadra, nowoczesna infrastruktura, łatwa dostępność miejsca w domach studenckich - a przy tym urokliwy i niezbyt drogi, w porównaniu z większymi miastami, Toruń. To podstawowe zalety wyboru takiego wyboru.

- Rokrocznie UMK zmienia swą ofertę edukacyjną: niezbyt popularne kierunki znikają z niej, ale pojawiają się także nowe. Co z tych nowości typowałby Pan na przeboje tegorocznej edukacji?

- Tak, co roku uaktualniamy naszą ofertę, biorąc pod uwagę oczekiwania młodych ludzi. W chwili obecnej znajduje się w niej 111 kierunków studiów, to, jak mi się wydaje, swoisty rekord Polski. Ale nie zapominajmy, że UMK to uczelnia szerokoprofilowa i oferta dydaktyczna odzwierciedlać musi tę różnorodność. W tegorocznej rekrutacji rzeczywiście pojawi się kilka nowych kierunków, m.in. logopedia (studia licencjackie) i filologia polska jako obca na Wydziale Filologicznym, logistyka na WNEiZ, czy diagnostyka molekularna (studia II stopnia) na WBiOŚ. Pojawią się też nowe studia anglojęzyczne, m.in. tourism management na WNoZ. Wszystkie one powinny cieszyć się powodzeniem, choć przebojem tegorocznej rekrutacji powinna być weterynaria, którą mamy nadzieję uruchomić.

- Oczywiście są i takie kierunki, które od lat cieszą się olbrzymim zainteresowaniem. Zapewne znów liderem będzie kierunek lekarski?

- Tak, z pewnością medycyna będzie znowu liderem, gdy idzie o zainteresowanie kandydatów. Tak jest zresztą od lat i nic nie wskazuje na to, by ta sytuacja miała ulec zmianie. Przypomnijmy, że w zeszłorocznej rekrutacji na kierunek lekarski o jedno miejsce ubiegało się ponad 18 osób. Kolejne miejsca w rekrutacyjnym rankingu też pewnie zajmą kierunki oblegane rok temu. Myślę o farmacji, psychologii, filologii angielskiej, kosmetologii, japonistyce i prawie.

- Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że młodzież preferuje kierunki, które dają twarde kompetencje i otwierają drogę do "licencjonowanych" zawodów - po prostu takich, których bez danego dyplomu uprawiać się nie da. Przykładem mogą być chociażby kierunki medyczne, prawo, filologie.

- Ja także dostrzegam to zjawisko, a do podanych przez pana przykładów dodałbym jeszcze kilka, jak choćby psychologię i informatykę.

- A co z naukami ścisłymi? Długie lata trwały narzekania, że to studia trudne i wręcz... hobbystyczne, że niewielu jest na nie chętnych, a przynajmniej takich, którzy byliby odpowiednio do nich predysponowani. Zmieniła się już ta sytuacja na lepsze?

- Zmienia się. Wymusza to rynek pracy zgłaszający duże zapotrzebowanie na absolwentów kierunków technicznych i ścisłych. Dodatkowym argumentem za ich wyborem jest też to, że już po trzech latach uzyskuje się tytuł zawodowy licencjata i można zacząć pracę zawodową.

- Jest Pan już prawie półtorej kadencji prorektorem, który ma w swej gestii także rekrutację. To sporo czasu, można pokusić się o pewne refleksje. Co jest stałe, co się zmieniło? Co się sprawdza, a co nie?

- Bez zmian, o czym już wspomniałem, wydaje się duże zainteresowanie niektórymi kierunkami studiów, jak medycyna, anglistyka, prawo. One były, są i będą nadal bardzo popularne. Swego rodzaju nowym zjawiskiem jest natomiast powoływanie nowych kierunków studiów (i rekrutacja na nie) w odpowiedzi na wyraźne zapotrzebowanie przedsiębiorstw przemysłowych. Taką współpracę prowadzi np. nasz Wydział Chemii z Grupą Boryszew. Uczelnia musi też brać pod uwagę skutki niżu demograficznego, który odbija się w oczywisty sposób na rekrutacji. Szybciej też, niż kiedyś, musimy reagować na oczekiwania młodych ludzi. W przeciwnym razie, mówiąc kolokwialnie, pójdą oni do konkurencji. Musimy zatem nieustannie badać rynek i dostosowywać naszą ofertę do jego potrzeb.

- Czy zmienia się także stosunek młodych ludzi do studiowania? Kiedyś dyplom magistra to była przepustka do świata inteligencji, to była też polisa chroniąca przed bezrobociem. Teraz dyplomy już nie są elitarne i przed bezrobociem nie chronią.

- Tak, zmiany w tym zakresie są dość dobrze widoczne. Po pierwsze, o czym była już mowa, dominuje zainteresowanie takimi kierunkami studiów, które zapewnić mają pracę i to dobrze płatną. Po drugie, rośnie liczba studentów, którzy studiują stacjonarnie i równocześnie pracują. To wymusza i wymuszać będzie coraz bardziej , moim zdaniem, określone konsekwencje dla uczelni, jak choćby "uelastycznienie" regulaminu studiów. Poza tym musi zwiększyć się oferta kursów i szkoleń. Badania GUS-u pokazują bowiem, że od 2006 r. maleje zainteresowanie studiowaniem, na rzecz tych właśnie form kształcenia. Dotyczy to głównie osób dorosłych. Myślę także, że z roku na rok będzie rosło znaczenie marki, renomy uczelni. Dyplomy tych najlepszych z pewnością będą bardziej doceniane przez pracodawców.

- A może też kandydat na studia z podopiecznego, bądź partnera staje się teraz bardziej klientem uczelni?

- Student był i będzie naszym partnerem, ale dziś nieco innym. Podpisując umowę z uczelnią, staje się rzeczywiście w pewnym sensie naszym klientem. Musimy zatem w pełni wywiązać się z kontraktu, realizując dokładnie i w pełni program studiów, mający dać absolwentowi oczekiwaną wiedzę, kompetencje i umiejętności.

- Dotknęliśmy problemu polegającego na tym, że masowość studiów w przypadku wielu kierunków obniżyła wartość dyplomu, a niekiedy wręcz przemieniła go w dokument, który można powiesić sobie tylko na ścianie. Magister - zwłaszcza z dziedzin zaliczanych do nauk społecznych, humanistycznych - pracujący w butiku czy jako instruktor w siłowni, to wcale nierzadki widok. Ale to był efekt tego, że przez długi czas na niektóre kierunki przyjmowano każdego chętnego, bo od tego zależały finanse uczelni. To nie było marnotrawstwo?

- Sprawa jest dość skomplikowana. Moim zdaniem to nie uczelnia powinna regulować "rynek studiów", a władze państwowe, oczywiście nie przez znane z dawnych czasów limity miejsc. Dobrym instrumentem w tym zakresie były tzw. kierunki zamawiane. Uczelnia musi, co oczywiste, odpowiadać nie tylko na zapotrzebowanie rynku, ale i kandydatów, zwłaszcza, że do niedawna dotacja, jaką otrzymywały szkoły wyższe, uzależniona była od liczby studentów.

- Od niedawna uczelniom, przynajmniej tym pretendującym do miana elitarnych, bardziej opłaca się przyjmować mniej chętnych, tylko bardzo dobrych kandydatów. Są za to nawet premie z ministerstwa! Jak na tle innych wypada UMK?

- Rzeczywiście, dziś w tzw. algorytmie podziału środków przyznawanych uczelniom przez MNiSW bierze się pod uwagę tzw. współczynnik dostępności nauczycieli akademickich dla studentów. Wartość referencyjna to 13 studentów na pracownika. W roku ubiegłym nasz Uniwersytet niewiele przekroczył ten wskaźnik. Miał on bowiem wartość 13,6. W tym zakresie wypadamy bardzo dobrze na tle konkurencji. Warto też dodać, że Collegium Medicum finansowane jest ze środków ministra zdrowia. Charakter studiów tam prowadzonych powoduje, że wartość referencyjna tego wskaźnika ustalona jest na innym poziomie, a mianowicie 8. W tym przypadku przekraczamy ją nieco bardziej, niż w kampusie toruńskim.

- Paletę kierunków oferowanych przez UMK można by lapidarnie określić jako "Od A do Z - od archeologii po zabytkoznawstwo". Jest w czym wybierać, ale może są jeszcze takie kierunki, które marzyłyby się Panu w ofercie UMK, ale jeszcze ich brak?

- Wspomniałem już, że w ofercie UMK jest 111 kierunków studiów. Myślę, że po uruchomieniu weterynarii w najbliższych latach nie będziemy zwiększać tej liczby. Póki co nie ma takiej potrzeby.

- UMK z roku na rok coraz bardziej otwiera się także na studentów z zagranicy. Co najchętniej chcą u nas studiować? Skąd najczęściej przybywają do Torunia?

- Liczba studentów obcokrajowców w naszej uczelni rzeczywiście rośnie. Najwięcej pochodzi z Ukrainy, Białorusi, Francji i Chin. Choć w kampusie bydgoskim dominują studenci z Norwegii, Szwecji i Irlandii. Preferowane zaś przez nich kierunki to filologia angielska i zarządzanie, a w Bydgoszczy - medycyna.

- UMK stara się o specjalną dla nich ofertę.

- Oczywiście. Wydziały przygotowują taką ofertę, która odpowiadałaby oczekiwaniu obcokrajowców. Dobrym przykładem może być w tym względzie nowość zaoferowana w tegorocznej rekrutacji przez Wydział Filologiczny. Myślę o filologii polskiej jako obcej, którą uruchamiamy głównie dla studentów z Chin.

- Dziękuję za rozmowę.

- Ja również dziękuję.