Sebastian Dudzik
SACRUM I PROFANUM NASZEJ RZECZYWISTOśCI
Fot. Arch. Wozownia

Im jestem starszy, tym częściej zadaję sobie pytanie, dokąd zmierza nasz świat? Czy to, czego doświadczamy jest dziś czymś wyjątkowym i czy różni się tak strasznie od tego, czego doświadczali nasi przodkowie? Na czym ta wyjątkowość miałaby polegać?

Sadzę, że otoczeni nowymi cywilizacyjnymi zabawkami, nadal nie potrafimy sobie radzić z podstawowymi problemami naszego ziemskiego bytu. Tak jak tysiące lat temu targają nami - ludźmi te same emocje i namiętności. Jesteśmy cały czas rozpostarci między niebem i piekłem. Piekłem, które najczęściej sami sobie i bliźnim gotujemy. Wydaje się nam, że jesteśmy dziś bardziej racjonalni i świadomi, że potrafimy panować nad swoim losem. Nic bardziej mylnego. Nadal zarówno na poziomie jednostek, jak i całych społeczeństw, ulegamy bardzo łatwo manipulacjom, dajemy sterować naszymi emocjami i oglądem świata. Do tego stopnia, że giną nam sprzed oczu nawet tak rudymentarne wartości, jak prawda i życie. Cały świat zdaje się poruszać w tempie pojawiających się i wygasających newsów i gorących tematów, jakby każdy sukces czy tragedia miały dostarczyć nam natychmiastowych doznań. Istota zdarzenia pozostaje nieważna. Zastanawiam się coraz częściej, czy właśnie w ten sposób nie hodujemy w sobie wszechogarniającej znieczulicy, która pozwala ze spokojem przyjmować nawet najbardziej drastyczne wydarzenia. Natłok bodźców otępia i sprawia, że wszystko nam powszednieje, traci realną wartość. Do czasu... aż sami nie doznamy brutalności tego świata.

Fot. Arch. Wozownia

Jako typowy przedstawiciel informacyjnego społeczeństwa mam świadomość swoistego dryfowania po oceanie informacyjnych zdarzeń, jednowymiarowych przekazów i wyrywkowych komentarzy. Staram się z tej gęstej, chaotycznej sieci utkać na własne potrzeby jakiś uporządkowany obraz. Przychodzi mi to z wielkim trudem, bo moja wrażliwość nie walczy ciągle z nieświadomym chłodnym "wchłanianiem" obrazów i słów. Bombardowany nimi nieustannie staram się jednak szukać w sobie na nowo istoty człowieczeństwa. To pozwala mi nie pozostawać obojętnym na ludzki ból.

Fot. Arch. Wozownia

Być może dlatego tak bliska stała mi się zaklęta w malarski cykl idea młodego poznańskiego artysty Dawida Marszewskiego, którego wystawę Security można było oglądać od połowy stycznia w dwóch kameralnych salkach toruńskiej Wozowni. W jednakowych, stosunkowo niewielkich formatach płócien, zamknął on symboliczną opowieść o współczesnej niedoli setek tysięcy ludzi pozbawionych własnego miejsca na ziemi. Bezpośrednią inspirację dla jego malarskich kompozycji stanowiły fotografie prasowe przedstawiające uchodźców odpoczywających na brzegu po ciężkiej i niebezpiecznej przeprawie przez morze. We wszystkich wykorzystanych przez Marszewskiego ujęciach przybysze sfotografowani zostali w złotych foliach termicznych mających chronić ich przed całkowitym wychłodzeniem organizmu. Atrybut ten stał się dla artysty kluczowym elementem strukturalnej i symbolicznej gry.

Security
Fot. Arch. Wozownia

Przeniesiony na płótno fotograficzny obraz w dalszym procesie malarskim ulegał stopniowej dezintegracji poprzez zamalowanie jego powierzchni z wyjątkiem partii przedstawiających wspomniane wyżej folie. Nakładane przez malarza laserunkowe warstwy miejscami niemal całkowicie zacierają czytelność przedstawienia. Wyraźne ślady pędzla tworzą nowe rytmy w kompozycji sprawiając, że w pierwszej chwili obrazy jawią się nam jako przyciągające wzrok abstrakcyjne struktury. Dopiero wnikliwa obserwacja powierzchni ujawnia echo pierwotnego przedstawienia, dzięki któremu nasza wyobraźnia zaczyna mozolnie odtwarzać rzeczywistość. Przekonujemy się wówczas szybko, że charakterystyczne, mieniące się złotem, plamy mają antropomorficzne kształty, tak jakby folie chroniąc człowieka przejmowały jego cechy, nasycały się jego bytem. Mamy tu do czynienia ze swoistą ideą śladu-odcisku, który przenosi znaczenie z jednej rzeczywistości w drugą. Przeniesienie owo niejako połączone jest z naturalnym procesem filtrowania i separowania (uczytelniania) wartości. Taka też była intencja autora, który, sięgając po powszechnie dostępną fotografię prasową, "wypreparował" z niej symboliczny znak-ikonę, która kierować ma naszą uwagę na wartość samego życia.

Porównanie do ikony nie jest tutaj przypadkowe, bowiem złociste folie-peleryny nawiązują tu wyraźnie do złotych bądź srebrnych, sukienkowych aplikacji w świętych obrazach. W nich złoto określa wartość sacrum. Dla Marszewskiego niepodważalnym sacrum jest samo życie. Tania folia ochronna poprzez kojarzącą się z luksusem złocistą warstewkę staje się symbolem najwyższej wartości. Być może jest to zarazem gorzkie odniesienie do brutalnych realiów naszego świata, w którym pospolitość materii odnosi się bezpośrednio do niskiej wartości życia obrazowanej choćby przez śmierć w morzu dziesiątek tysięcy uchodźców, czy znieczulicę milionów lepiej sytuowanych Europejczyków na ich tragedię, ból i niedolę. Kuriozum owego sprzężenia pospolitości z ekskluzywnością i bogactwem uzmysławiamy sobie dobitnie, stając naprzeciw przygotowanej przez Marszewskiego instalacji składającej się z wieszaka zapełnionego foliowymi pelerynkami. Złota materia, która ratuje życie i skrywa w sobie największy skarb nie przestaje być jedynie płachtą cienkiego sztucznego tworzywa. Mamy tu niejako symboliczne sprzężenie między powszechnością prasowej fotografii i pospolitością materii. Czyżby wszystko było jedynie grą pozorów? Mam głęboką nadzieję, że nie. Inaczej świat stałby się zupełnie nie do zniesienia. Złota folia uzmysławia nam, że prawdziwą wartość znaleźć możemy wcale nie tam, gdzie się jej zwykle spodziewamy.