NIE WYOBRAŻAM SOBIE ŻYCIA BEZ PRACY
Z prof. dr. hab. Stanisławem Sudołem, dr. h.c. UMK rozmawiają Włodzimierz Karaszewski i Wojciech Streich

- Podobno pochodzi Pan z południa Polski?

- Urodziłem się w województwie lwowskim, w tej jego części, która po II wojnie światowej pozostała przy Polsce jako część województwa rzeszowskiego (przemianowanego później na województwo podkarpackie). Moi rodzice mieli spore gospodarstwo rolne we wsi Cholewiana Góra. W marcu 1941 roku całą wieś wysiedlono, a wszystkie domy i zabudowania gospodarskie zostały zrównane z ziemią. Niemcy mieli w planie budowę tu poligonu wojskowego, co nie zostało zrealizowane, chyba z powodu wybuchu w czerwcu 1941 wojny niemiecko-radzieckiej. Aby pomóc moim rodzicom, którzy mieli sześcioro dzieci, siostra mojej mamy, mieszkająca w Tarnowie, przejęła opiekę nade mną. W Tarnowie kończyłem szkołę podstawową, a następnie uczęszczałem do dwuletniej szkoły handlowej. Równocześnie w tajnym nauczaniu przerabiałem program gimnazjum ogólnokształcącego. Liceum również ukończyłem w tym mieście, tuż po zakończeniu wojny w czerwcu 1946.

- Studia wyższe, jak wiemy, rozpoczął Pan w Katowicach.

- Od października 1946 roku zostałem studentem Wyższego Studium Nauk Społeczno-Gospodarczych w Katowicach na Wydziale Organizacji Przemysłu. Tu zetknąłem się z problematyką ekonomiki przemysłu, co ukierunkowało mnie na całe życie. Dlaczego podjąłem studia w Katowicach? Moi rodzice, podejmując wysiłek odbudowy całkowicie zniszczonego gospodarstwa, nie mogli mi pomóc finansowo. Musiałem sam sobie radzić. W Gliwicach blisko Katowic zamieszkała moja starsza siostra, u której mogłem się "zaczepić".

- W Katowicach studia nie trwały długo.

- Choć słuchałem tam interesujących wykładów, to kolegów w tej uczelni miałem sporo ode mnie starszych, którzy, nie uczestnicząc w tajnym nauczaniu, mieli kilkuletnie opóźnienie w swojej edukacji. Prawie wszyscy już pracowali i z tego powodu wykłady odbywały się po południu i wieczorami, co mi nie odpowiadało. Na drugi rok studiów przeniosłem się do Akademii Handlowej w Poznaniu. Przyczyną wyboru Poznania były również względy ekonomiczne. Niedaleko Poznania mieszkała siostra mojego ojca, u niej mogłem zamieszkać.

- Czy spodobało się Panu w poznańskiej uczelni?

- Owszem, Akademia Handlowa w Poznaniu miała już tradycję przedwojenną. Zetknąłem się tu z kilkoma wybitnymi profesorami na czele z Edwardem Taylorem. Kontakt z nimi utrwalił u mnie zainteresowania naukami ekonomicznymi.

- Po ukończeniu studiów w Poznaniu podjął Pan pracę nauczycielską w szkole średniej.

- Studia w Akademii Handlowej ukończyłem z dyplomem nauk handlowych. Z dwoma kolegami postanowiliśmy podjąć pracę jako nauczyciele w gimnazjum i liceum w Kole nad Wartą. Pracowaliśmy tu dwa lata. Wszyscy trzej ocenialiśmy pracę w Kole pozytywnie. Niełatwo było zdobyć autorytet u młodzieży niewiele młodszej od nas (w klasie, w której byłem wychowawcą, a miałem wówczas 21 lat, jedna z uczennic była o rok ode mnie starsza). Jednak po dwóch latach spędzonych w Kole, postanowiliśmy nie dać się zakopać w tej "dziurze" - Koło miało w tym czasie 12 tysięcy mieszkańców. Wszyscy przenieśliśmy się, każdy na własną rękę, do Warszawy.

Fot. Andrzej Romański

- Jak wyglądały początki okresu warszawskiego?

- Nie mając w Warszawie znajomych, nie było mi łatwo znaleźć pracę. Znalazłem ją w Technikum Finansowym przy ul. Nowogrodzkiej. Pierwsze spostrzeżenie było rozczarowujące: młodzież warszawska okazała się mniej ciekawa w stosunku do tej w Kole. Po roku pracy w tym technikum podjąłem studia magisterskie w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Już jako magister zostałem asystentem w Katedrze Rachunkowości. Ale długo tu nie pracowałem. Na naukowym zebraniu pracowników Katedry, poświęconym dyskusji nad podręcznikiem rosyjskim autora Żebraka, powiedziałem, że mi ten podręcznik się nie podoba i że nie widzę w nim żadnej naukowości. Dwa dni po tym seminarium zadzwoniła do mnie sekretarka kierownika Katedry Rachunkowości profesora Stanisława Skrzywana, który był nieobecny na zebraniu, z informacją, że profesor prosi mnie na rozmowę. Nie miałem pojęcia, w jakiej sprawie mnie wzywał. Profesor powiedział mi krótko: "Panie Stanisławie, ja do pana nic nie mam, ale musi pan sobie szukać pracy". Domyśliłem się, że jest to następstwo mojego wystąpienia w dyskusji na zebraniu Katedry. Czułem, jakby niebo nade mną się zawaliło.

- Kolejnym miejscem Pańskiej pracy w Warszawie był Instytut Organizacji Przemysłu Maszynowego "Orgmasz".

- Ze znalezieniem pracy nie miałem problemu. Właśnie powstał Instytut Organizacji Przemysłu Maszynowego "Orgmasz", który poszukiwał pracowników. Ostatecznie przepracowałem tu 10 lat nad kilkoma problemami organizacji przedsiębiorstw i problematyki ich kosztów, zwłaszcza rachunkiem kosztów normatywnych. Postanowiłem zrobić doktorat. Przewód doktorski otwarto mi w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach, która była przekształconym Wyższym Studium Nauk Społeczno-Gospodarczych, w którym w roku 1946 rozpoczynałem studia. W związku z pracą w "Orgmasz" byłem w bardzo wielu przedsiębiorstwach przemysłowych, zdobywając spore doświadczenie w pracach doskonalących organizację. Doświadczenie to bardzo mi się przydawało później w nauczaniu studentów.

- Kolejne miejsce pracy to Instytut Przemysłu Drobnego i Rzemiosła, prawda?

- Tak, kierowałem tam 15-osobowym zespołem badawczym. O ile w Instytucie "Orgmasz" zajmowałem się dużymi przedsiębiorstwami, to tu uzupełniałem swoją wiedzę o funkcjonowaniu i rozwoju małych firm.

Podjąłem pracę nad przygotowaniem rozprawy habilitacyjnej pod tytułem "Istota kosztów produkcji przedsiębiorstwa socjalistycznego". Przewód habilitacyjny został mi otwarty w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Poznaniu, w której 20 lat wcześniej byłem studentem. Uzyskałem pozytywne opinie dwóch recenzentów mojej rozprawy, po kolokwium habilitacyjnym miałem też pozytywne głosowanie. W związku z tym pomyślałem o podjęciu pracy na wyższej uczelni i nawiązałem kontakt z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu, w którym utworzono Instytut Ekonomiczny. UMK zaproponował mi pracę na stanowisku docenta, po zatwierdzeniu stopnia doktora habilitowanego przez Centralną Komisję ds. Stopni Naukowych i Tytułu Naukowego oraz kierownika Zakładu Ekonomiki Przemysłu i Przedsiębiorstw Przemysłowych.

- I w tym czasie spotkała Pana przykra niespodzianka związana z habilitacją.

- Zatwierdzanie przedłużało się. Dowiedziałem się, najpierw nieoficjalnie, a następnie oficjalnie, że Centralna Komisja odmówiła zatwierdzenia, bo superrecenzent, z którym polemizowałem w rozprawie - pisząc, że jego poglądy są nielogiczne - napisał dosłownie, że mojej pracy habilitacyjnej nie da się pogodzić z pryncypiami marksizmu-leninizmu.

Po tym ideologicznym armatnim wystrzale superrecenzenta, niektórzy moi znajomi w Warszawie nie chcieli się ze mną pokazywać. Czułem się jak zadżumiony. Oznaczało to katastrofę dla mnie: bez habilitacji nie mogę być przecież docentem!

Fot. Andrzej Romański

- To rzeczywiście ciężkie chwile w życiu młodego naukowca. Co Pan zrobił?

- Pojechałem do Torunia i tu poradzono mi, abym porozmawiał z prorektorem UMK profesorem Januszem Symonidesem. Gdy trochę łamiącym się głosem przedstawiłem mu mój dramatyczny problem, powiedział krótko: "Jeśli nie może być pan w UMK docentem z habilitacją, to będzie pan nim bez habilitacji", czyli będę tzw. docentem marcowym. I zostałem nim. Rozmawiałem także z profesorem Wiesławem Spruchem, który był dyrektorem Instytutu Przemysłu Drobnego i Rzemiosła, w którym jeszcze pracowałem. Doradzał mi, abym walczył o zatwierdzenie habilitacji. Na moje pytanie, jak walczyć, powiedział, że muszę pozyskać znaczących profesorów, którzy zechcą wystąpić w mojej sprawie do ministra edukacji, którym wówczas był Henryk Jabłoński, późniejszy przewodniczący Rady Państwa. Ostatecznie, w rezultacie wystapień profesorów Kazimierza Secomskiego i Józefa Pajestki, minister Jabłoński polecił Centralnej Komisji jeszcze raz rozpatrzeć moją sprawę.

- Wyobrażamy sobie, ile nerwów to kosztowało...

- Sprawa wróciła do Poznania. I tu nakazano mi wprowadzić zmiany w rozprawie habilitacyjnej. Ja nie mogłem zmienić poglądu naukowego wyrażonego w pracy, ale skreśliłem w niej pewną liczbę zdań. Dostałem odpowiedź od Uczelni, że za mało ich wprowadziłem w rozprawie i zażądano ode mnie dalszych. Znów skreśliłem pewną liczbę zdań i… stwierdzono, że nadal zbyt mało zmian wprowadziłem; ale, mimo tego stwierdzenia, rada wydziału zatwierdziła moją pracę. Od daty kolokwium habilitacyjnego do daty zatwierdzenia minęło dwa lata. Taka była cena mojego wystąpienia na seminarium w Katedrze.

- W wyniku pozytywnie zakończonej procedury mógł Pan podjąć pracę w UMK.

- I pracę tu podjąłem. W Uniwersytecie Mikołaja Kopernika pracowałem 38 lat, dojeżdżając co tydzień z Warszawy do Torunia na 2 dni, a gdy przez dwie kadencje pełniłem obowiązki dziekana Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania, to w Toruniu przebywałem 3 dni. Przez 23 lata byłem członkiem Senatu UMK.

- Jak Pan ocenia swoją długoletnią pracę w UMK?

- Ja sam, jak i moje otoczenie, pozytywnie oceniało moją pracę w UMK, przyczyniającą się szczególnie do rozwoju Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania, powstałego na bazie poprzedniego Instytutu Ekonomicznego. Gdy zostałem dyrektorem tego Instytutu, to udało mi się przekonać rektora prof. Wiesława Woźnickiego, aby Instytut Ekonomiczny na prawach wydziału przekształcić w wydział. Przyspieszyło to jego rozwój.

- Co szczególnie przyciągało Pana do Uniwersytetu Mikołaja Kopernika?

- Czynnikiem przyciągającym mnie do pracy w UMK była przyjazna atmosfera w stosunkach z kierownictwem Uniwersytetu, jak również z pracownikami Wydziału, w którym pracowałem.

Pod koniec lat 70. otrzymałem propozycję podjęcia pracy w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (obecnej SGH) w Warszawie. Zaproponowano mi kierowanie Katedrą Teorii Zarządzania, którą wcześniej kierowali profesorowie Jerzy Kurnal i Wacław Gabara. Była to dla mnie propozycja bardzo kusząca, ale po namyśle, nie przyjąłem jej. Uważałem, że w mojej dramatycznej sytuacji, związanej z zatwierdzeniem habilitacji, Uniwersytet Mikołaja Kopernika wspaniale się zachował w stosunku do mnie i w związku z tym powinienem być maksymalnie lojalny wobec niego i nie opuszczać go, gdy jestem w nim potrzebny.

- Toruński Uniwersytet uhonorował Pana Profesora w roku 2002 godnością doktora honoris causa.

- Było to bardzo duże, i niespodziewane dla mnie, wyróżnienie w dniu święta Uczelni 19 lutego- dniu urodzin Mikołaja Kopernika.

- Dziesiątego stycznia br. Uniwersytet zorganizował uroczystość z okazji ukończenia przez Pana 90 lat.

- Była to niezwykła uprzejmość ze strony Uniwersytetu, w którym już nie pracowałem od 10 lat. Bardzo przeżyłem uroczyste posiedzenie Rady mojego Wydziału z udziałem rektora profesora Andrzeja Tretyna, profesorów z wielu polskich uczelni - członków Komitetu Nauk Organizacji i Zarządzania PAN, którego jestem członkiem honorowym od wielu lat.

- Mimo 90 lat, jest Pan nadal aktywny w działalności naukowej.

- Jestem w końcowej fazie przygotowania referatu pt. "Nauki o zarządzaniu. Zakres i granice nauk o zarządzaniu, ich miejsce w klasyfikacji nauk i ich subdyscypliny". Będę go przedstawiał w marcu tego roku na seminarium pięciu komitetów naukowych Polskiej Akademii Nauk. Przygotowuję także książkę na temat metodologii nauk o zarządzaniu, którym to problemem zajmuję się już od dłuższego czasu. Mam nadzieję, że dane mi będzie ją ukończyć. Póki mi zdrowie jako tako dopisuje, nie wyobrażam sobie życia bez pracy.

- Dziekujemy za rozmowę.