Jarosław Kłaczkow
W 500-LECIE REFORMACJI - REFLEKSJE O PRZESZŁOŚCI I TERAŹNIEJSZOŚCI

Jedna z pieśni śpiewanych podczas nabożeństw ewangelickich rozpoczyna się od ważnych słów: "Na skale Kościół stoi, a skałą Chrystus Pan".

Marcin Luter

Tekst ten oczywiście przypomina słowa z Nowego Testamentu, a nam współczesnym uzmysławia, jaka jest podstawa wiary chrześcijańskiej. Ona jest jedna, mimo różnic, jakie powstały przez ponad dwa tysiące lat między wyznającymi ją ludźmi zrzeszonymi współcześnie w wielu Kościołach. W 2015 roku liczba mieszkańców Ziemi osiągnęła ponad 7 miliardów, z czego chrześcijaństwo wyznaje ok. 2,3 mld, tj. około 33 % mieszkańców globu. Nie jesteśmy więc monopolistami na Ziemi w dziedzinie wyznawanej religii, a często o tym zapominamy, żyjąc w kraju, gdzie poziom religijności i uczestnictwa w życiu religijnym jest jednym z najwyższych w krajach chrześcijańskich.

Na spotkaniu z prof. Januszem Małłkiem, które odbyło się w listopadzie w Klubie Inteligencji Katolickiej, poruszono, m.in. kwestię podziału chrześcijaństwa w wyniku reformacji.

Ta myśl skłania do refleksji, czy aby na pewno dopiero wówczas chrześcijanie zaczęli się dzielić. Wydaje mi się, że podziałów w świecie chrześcijańskim należy szukać przede wszystkim w różnicach kulturowych. Pierwszy podział rysujący się już od IV wieku n. e. przecież szedł po linii wpływów języka greckiego i łacińskiego, dominujących w dwóch częściach Imperium Rzymskiego. Wschód cesarstwa w warstwie językowej był coraz bardziej grecki, a zachód coraz bardziej łaciński. Z biegiem czasu podział ten tylko się utrwalał i było to też widoczne w innych aspektach, m.in. w liturgii, formie religijności i pobożności. Już wtedy występowały różne interpretacje doktryny chrześcijańskiej. To przecież wówczas pojawił się po raz pierwszy arianizm - doktryna stworzona przez Ariusza z Aleksandrii -odrzucająca dogmat Trójcy Świętej. Pogląd ten został zdecydowanie potępiony przez większość chrześcijan, zarówno na zachodzie jak i na wschodzie.

Wszystko to działo się w ramach Cesarstwa Rzymskiego. Gdy go z biegiem czasu zabrakło i na jego gruzach powstały nowe państwa, to chrześcijaństwo zaczęło być rozprzestrzeniane na pozostałą część kontynentu. Przyjęły go wówczas plemiona germańskie, a następnie słowiańskie.

W VII wieku chrześcijaństwo przestało być monopolistą, pojawił się bowiem potężny konkurent - islam. Zajął on i poddał swoim wpływom większą część dotychczasowej wschodniej części świata chrześcijańskiego. Punkt ciężkości chrześcijaństwa zaczął się przenosić wówczas na trwałe do części zachodniej, a dotychczasowe centra chrześcijaństwa w Aleksandrii, Antiochii czy Konstantynopolu straciły na znaczeniu.

Wydawało się więc, że strefa panowania Kościoła łacińskiego zostanie na zawsze ugruntowana. Przyszłość pokazała, że nic nie jest dane raz na zawsze.

Gdy średniowiecze dobiegło kresu i rozpoczęła się epoka renesansu, zaczęły ujawniać się skrywane dotąd podziały mające bez wątpienia swoje korzenie w przeszłości. Pojawiły się hasła reformy Kościoła, w tym m.in. wprowadzenia języków narodowych do liturgii. Szczególną popularność to hasło zyskiwało na terenach dawniej niebędących częścią świata łacińskiego i posiadających nadal wiele cech odrębnych. Dlatego, moim zdaniem, to nie przypadek, że reformacja zwyciężyła ostatecznie na obszarach będących poza granicami Imperium Rzymskiego i będących krajami germańskimi. Świat słowiański obawiający się dominacji niemieckiej i podskórnie czujący, że może "rozpłynąć się" w germańskim - protestanckim morzu, wolał pozostać nadal w orbicie wpływów kultury włoskiej, co widzieliśmy przez wieki np. w Polsce czy Chorwacji.

Protestantyzm wśród Słowian miał szansę przyjąć się jedynie w przypadku, gdy propagował go lokalny duchowny o dużym autorytecie lub wprowadzała go rodzima słowiańska dynastia.

W pierwszym przypadku takim heroldem zmian, jeszcze w czasie przedreformacyjnym, stał się dla Czechów Jan Hus. Jego śmierć na stosie w 1415 roku w Konstancji nie zawróciła Czechów z dążeń do stworzenia własnego narodowego Kościoła, a rzekome zdanie umierającego Husa "Teraz płonie gęś, ale po niej przyjdzie łabędź" miało się ziścić w 1517 roku wraz z wystąpieniem mnicha i doktora teologii Marcina Lutra.

Na obszarze dzisiejszych ziem polskich protektorami luteranizmu okazali się Piastowie Śląscy, a księstwa legnicko-jaworskie czy cieszyńskie stały się państwami ewangelickimi. Stąd do dziś tak wysoki procent luteranów w krajobrazie religijnym Śląska Cieszyńskiego. Po wygaśnięciu bowiem w XVII wieku tamtejszych Piastów rządy przejęli Habsburgowie, którzy - podobnie jak na ziemiach czeskich - wprowadzili forsowną kontrreformację połączoną z dążeniami germanizacyjnymi. To cementowało ludzi polskiej mowy wokół dotychczasowego wyznania, tworząc nawet z biegiem czasu na tamtym terenie, nie do końca zgodny z prawdą, stereotyp: Niemiec - katolik, Polak - ewangelik.

Na terenach północnych reformacją zostali masowo objęci natomiast polskojęzyczni mieszkańcy Prus Książęcych. Byli to przybysze z bardzo katolickiego Mazowsza, dlatego nazywano ich Mazurami. W Prusach Książęcych obowiązywała jednak zasada "czyja władza, tego religia" i nowe wyznanie zostało wprowadzone bez większych przeszkód. Napływający w kolejnych dwóch wiekach z sąsiedniego mazowieckiego terenu polscy osadnicy, w sposób naturalny stawali się członkami miejscowych parafii luterańskich, zachowując jednak dużo katolickich zwyczajów i obrzędów. Tworzyła się na Mazurach specyficzna słowiańska religijność, z jednej strony bardzo protestancka, a z drugiej nasycona dużą dozą ludowości i przeżywania wiary emocjonalnie, a nie racjonalnie. Podobną koegzystencję dwóch światów: germańskiego i słowiańskiego można było zauważyć w religijności Serbołużyczan, Ślązaków, zachodnich Kaszubów, Słowińców czy protestanckiej części Słowaków.

Reformacja w Toruniu miała charakter ewolucyjny. Pierwsi zwolennicy nowej wykładni wiary chrześcijańskiej rekrutowali się z miejscowych mieszczan. Popularność tworzącego się dopiero luteranizmu w Toruniu musiała być duża, skoro skłoniło to króla Zygmunta Starego do wydania dwóch edyktów zabraniających sprowadzania i kolportażu pism reformatora na obszarze państwa. W 1521 r. na dziedzińcu kościoła św. Janów, na polecenie legata papieskiego Zachariasza Ferreriego, próbowano spalić kukłę Marcina Lutra, ale zebrany tłum wystąpił przeciw legatowi oraz proboszczowi parafii św. Janów.

Mimo obostrzeń, powolny i ewolucyjny, a co za tym idzie - pokojowy rozwój luteranizmu następował przez kolejne dziesięciolecia. Wpływowi luteranizmu ulegali nie tylko świeccy, ale i duchowni. Stopniowo księża pracujący w miejskich parafiach zaczynali głosić kazania w duchu luterańskim. Działo się tak, mimo prób przeciwdziałania tym tendencjom przez kolejnych biskupów chełmińskich. Luteranizm zdobywał ciągle dusze ówczesnych torunian. W efekcie pierwsza, w pełni luterańska liturgia, została odprawiona w 1555 r. w kościele św. Janów przez ówczesnego proboszcza ks. Jana Glasera (Hyalinusa).

Podobnie sytuacja wyglądała w większości klasztorów, które stopniowo pustoszały, np. dwaj ostatni franciszkanie zmarli w 1559 r. Ostatecznie w murach Starego Miasta Torunia pozostał tylko jeden kościół katolicki, tj. dominikańska świątynia pod wezwaniem św. Mikołaja.

Zwieńczeniem procesu protestantyzacji elit i szerokich warstw mieszkańców stało się uroczyste nabożeństwo w kościele Najświętszej Marii Panny 25 marca 1557 r. Połączono je z udzieleniem komunii pod dwiema postaciami. Dzień ten, przez kolejne stulecia, stał się jednym z głównych świąt toruńskich luteranów. Opisywany kryptoprotestancki czas trwał do 28 grudnia 1558 r. Wówczas król Zygmunt August wydał edykt zezwalający na nieskrępowany rozwój luteranizmu w Toruniu. Decyzja królewska trafiła więc na przygotowany już do tego grunt.

Charakter ewolucyjny zadecydował o tym, że średniowieczne kościoły toruńskie zachowały nadal swoich patronów, jak i swoje wyposażenie. Do XVIII wieku przetrwało również wiele innych katolickich pozostałości. Zauważane one były m.in. w strojach duchownych, częstym używaniu łaciny w nabożeństwach, obchodzeniu licznych świąt katolickich czy też spowiedzi usznej. Co warte podkreślenia, rozwój idei reformacyjnych trafiał wówczas równolegle do dwóch grup: niemiecko- i polskojęzycznych mieszkańców miasta. Wśród tych pierwszych zdobywał zdecydowanie szersze poparcie. Tym niemniej, aż do połowy XIX wieku w niektórych toruńskich kościołach ewangelickich odprawiano nabożeństwa zarówno w języku polskim, jak i niemieckim.

Kolejną wyróżniającą miejscowy protestantyzm cechą było posiadanie przez niego własnych władz kościelnych. W Toruniu powstał odrębny Konsystorz, przemianowany w 1605 r. na Urząd do spraw kościelnych. Była to typowa cecha dla Prus Królewskich, odróżniająca miejscowy luteranizm od funkcjonującego w sąsiednich Prusach Książęcych centralnego zarządu kościelnego.

Okres nowożytny był okresem dużych zmian zarówno w polityce międzynarodowej, jak i w życiu Rzeczypospolitej. Losy kraju miały niebagatelny wpływ na rozwój miasta. W czasach pokoju w murach Torunia spotykali się delegaci protestantów z całej Rzeczypospolitej. W mieście odbył się ostatni wspólny zjazd ewangelików Korony, Litwy i Prus Królewskich. Miał on miejsce w 1595 r. i przeszedł do historii pod nazwą Synodu toruńskiego. Za panowania kolejnego króla, tolerancyjnego Władysława IV Wazy, doszło natomiast w Toruniu do uroczystego pochówku zmarłej w 1625 r. Anny Wazy. Z inicjatywy tego samego władcy w sierpniu 1645 r. w Toruniu spotkali się także przedstawiciele luteranów, kalwinistów i katolików w celu wyjaśnienia różnic w interpretacji Biblii. Debata ta przeszła do historii pod nazwą Colloquium Charitativum.

Toruń był miastem, który przez długi okres czasu przyciągał do osiedlenia się w nim wybitnych duchownych i myślicieli protestanckich. W XVIII wieku swoje kazania wygłaszali tutaj Efraim Praetorius czy Efraim Oloff.

Kryzys przyszedł po tzw. tumulcie toruńskim, jaki miał miejsce 16 lipca 1724 r. Efekt jednego z kolejnych sporów katolicko-protestankich okazał się dla strony ewangelickiej tragiczny (m.in. stracenie burmistrza Johanna Gottfrieda Rössnera i 9 innych radnych). Kosztował także utratę ostatniej, użytkowanej przez nich w murach miasta, gotyckiej świątyni - kościoła Najświętszej Marii Panny.

Dopiero w 1756 r. na Rynku Staromiejskim stanął kościół ewangelicki. Wcześniej na potrzeby luteranów przebudowano na świątynię ratusz nowomiejski.

Mimo takich kontrreformacyjnych doświadczeń ewangelickie i przeważnie niemieckojęzyczne elity miasta sprzeciwiły się ekspansjonistycznym dążeniom Prus, do końca pozostając wierne Rzeczypospolitej. Prusacy, zajmując miasto, przyznane im po drugim rozbiorze Rzeczypospolitej, zastali zamknięte bramy. Zmiany w mentalności niemieckojęzycznych ewangelików zaczęły następować dopiero w XIX wieku. Był to proces nieunikniony, powodowany dodatkowo napływem do miasta nowych mieszkańców przybyłych przeważnie z głębi Niemiec. Wówczas doszło także do germanizacji polskojęzycznych luteranów skoncentrowanych w przeważającej mierze w parafii św. Jerzego.

Odrodzenie polskiego ewangelicyzmu przyniósł rok 1920, tj. powrót Torunia do Polski. Rozwój polskiego protestantyzmu szedł jednak w parze ze zmniejszaniem się stanu liczebnego niemieckich ewangelików, którzy opuszczali miasto.

Druga wojna światowa stała się ostatnim etapem rozwoju niemieckiego protestantyzmu w mieście. Przesiedleni przez hitlerowców niemieccy luteranie z krajów bałtyckich (tzw. Baltendeutsche) zasilili miejscowe parafie ewangelicko-unijne. Antychrześcijańska polityka nazistów nie sprzyjała jednak rozwojowi ich życia religijnego. Kres protestantów jako znacznej liczebnie grupy mieszkańców przyszedł wraz z końcem wojny. W jej rezultacie, wraz z przesuwającym się w styczniu 1945 r. frontem, z pejzażu miasta zniknęli, po raz pierwszy od jego powstania, niemieccy mieszkańcy. Miasto stało się monoetniczne, podobnie jak większość kraju. Swój niewielki, ale widoczny, wkład w rozwój miasta wnieśli również polscy ewangelicy. Taki bowiem skład narodowy reprezentowała jedyna pozostała parafia protestancka, organizacyjnie będąca częścią Kościoła Ewangelicko-Augburskiego.

Co nam dziś zostało z tej "protestanckiej" przeszłości Torunia? Myślę, że całkiem sporo. Jest to widoczne oczywiście w bazie materialnej. Czy ktoś z odwiedzających Szpital Miejski przy ulicy Batorego zdaje sobie sprawę, że był to kiedyś Ewangelicki Szpital Diakonis? Budynek dzisiejszego Wyższego Seminarium Duchownego to dawne Ewangelickie Seminarium Nauczycielskie. Z kolei budynek Kujawsko-Pomorskiego Funduszu Pożyczkowego przy ulicy Sienkiewicza to dawna ewangelicka preparanda (szkoła uzupełniająca). Kościół jezuicki do 1945 roku był z kolei głównym obiektem sakralnym toruńskich ewangelików. Po wejściu do ratusza każdy na pewno trafi do Sali Mieszczańskiej. Na ścianach przywitają go portrety przedstawiające toruńskich burmistrzów rządzących miastem w okresie nowożytnym. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że wszyscy z nich byli ewangelikami. Z kolei w prezbiterium kościoła Najświętszej Marii Panny odnajdziemy nagrobek Anny Wazy. Ściany tej średniowiecznej świątyni ozdobione są ponadto epitafiami protestanckich mieszczan, a całość zdobią organy będące klasycznym przykładem baroku protestanckiego. Takich przykładów można by podawać zresztą więcej. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro ewangelicy dominowali w życiu politycznym, gospodarczym, kulturowym miasta przez blisko 400 lat, stanowiąc do 1920 roku większość lub co najmniej połowę mieszkańców Torunia.

Dziedzictwo protestantyzmu widzę także w obszarze bardzo silnej więzi mieszkańców ze swoją "małą ojczyzną", realizowaniu ponad podziałami politycznymi celów strategicznych dla miasta, wyjątkowej dbałości o dziedzictwo materialne, znacznym porządku w mieście czy stosunkowo skromnym wystroju grobów najbliższych.

Każda społeczność trwa tra­dycją odziedziczoną po pokoleniach, które już odeszły, ale przemierzały w przeszłości te same miejsca. Ich praca i dokonania cieszą teraz oko każdego współczesnego mieszkańca oraz przyjezdnego. Dlatego warto o tym pamiętać i znać tę różnorodną przeszłość Torunia.

Autor jest profesorem, pracownikiem naukowym Wydziału Nauk Historycznych.