SREBRO W TEATRZE
Z Maurycym Męczekalskim, dyrektorem Akademickiego Centrum Kultury i Sztuki, o 25-leciu festiwalu KLAMRA rozmawia Monika Sieklucka
Fot. nadesłana

- Jak narodził się pomysł organizacji festiwalu KLAMRA?

- Kiedy zostałem szefem ówczesnego klubu, którego pełna nazwa brzmiała wtedy "Studencki Klub Pracy Twórczej Od Nowa", najpierw zorientowałem się jak działa klub, a działał w mojej ocenie nie najlepiej, ponieważ odbywały się tam jedynie dyskoteki i koncerty i praktycznie były to jedyne formy działalności. Ze względu na to, że miejsce było duże i widziałem w nim spory potencjał, zacząłem myśleć jak je wykorzystać. Oczywiście już wcześniej miałem szereg pomysłów, zanim zostałem szefem, ale zacząłem je po prostu wdrażać w życie. Jednym z nich był festiwal teatralny. Dlaczego? Powód był prozaiczny: sala koncertowa w Od Nowie była i jest także świetną salą teatralną, o czym wiedziałem już wtedy i to się potwierdziło nie tylko przy okazji KLAMRY. Spotkałem się w Od Nowie z Lechem Raczakiem, legendą polskiego teatru niezależnego, twórcą Teatru Ósmego Dnia, który zwiedzając Od Nowę także stwierdził, że to świetna sala teatralna i można tu organizować przedstawienia. No i zacząłem realizować ten pomysł. Przy pierwszych edycjach KLAMRY pomagał mi ówczesny student filologii polskiej, Jarek Kobierski, który jest również autorem nazwy festiwalu. Pierwsza KLAMRA odbyła się w 1993 roku, była bardzo skromna, wręcz nieudana, bo z czterech zaproszonych teatrów przyjechały tylko dwa. Generalnie była to ... klęska. Przekonaliśmy się jednak, jak to trzeba robić, no i kolejne edycje udawały się już zdecydowanie lepiej. Już na trzeciej KLAMRZE pojawiły się: Teatr Ósmego Dnia, Provisorium, Stowarzyszenie Mandala z Krakowa - bardzo poważne teatry, czy wręcz legendy polskiego offu. No i tak z roku na rok KLAMRA się rozrastała, pojawiało się coraz więcej spektakli, zaczęła się wydłużać - z początkowych czterech dni do ośmiu. W 2013 roku, już w nowej siedzibie z nową dobudowaną częścią, zaczęliśmy organizować KLAMRĘ w takim kształcie jak teraz, czyli na trzech scenach. I tak to w największym skrócie było.

- Z jakimi problemami Od Nowa musiała sobie radzić w początkach festiwalu? Jakim wymaganiom musiała sprostać wtedy i teraz?

- Problemy były oczywiście bardzo liczne i właściwie część z nich występuje do dzisiaj. Sala jest dobra, ale to nie jest typowa sala teatralna, tylko koncertowa. W związku z tym, żeby mógł się tam odbyć spektakl, musimy ją przystosować - na przykład zasłonić kotarami. Pierwszy problem: skąd je wziąć? Na początku wypożyczaliśmy je z Teatru Horzycy, w końcu dorobiliśmy się własnych. Kolejny problem to widownia. Przez kilka lat osobiście projektowałem różnego rodzaju ławki i podesty tak, żeby można było uniwersalnie ustawiać widownię. Co roku ją udoskonalaliśmy, pojawiały się jakieś nowe elementy. Chodziło o możliwość ustawienia widowni w ten sposób, żeby była dobra widoczność z każdego miejsca i jednocześnie, żeby ta widownia była łatwa do przeniesienia. Stosuje się to głównie wtedy, kiedy przyjeżdża teatr, który nie gra w klasycznym układzie widowni, tylko na przykład w tzw. korytarzu, gdzie widownia jest po dwóch stronach, a w środku jest przestrzeń gry. Tak było w tym roku. Musimy więc w miarę szybko w nocy te elementy przestawić. Muszą być na tyle lekkie i mobilne, żeby to było możliwe, bez jakiejś licznej ekipy czy urządzeń.

Przez lata nie mogłem się przekonać do pomysłu, ale w końcu zdecydowałem się po namowach kolegi z Teatru Cogitatur, żeby pomalować podłogę na czarno. Od kiedy sięgam pamięcią podłoga w Od Nowie miała szary kolor starego parkietu. Po latach dojrzałem do tego i teraz co roku malujemy podłogę i podesty na czarno. To są problemy, które udało się rozwiązać i właściwie teraz już ich nie ma, natomiast inne problemy są aktualne. Nie posiadamy własnych świateł teatralnych, a trzeba wiedzieć, że są to inne światła niż koncertowe. Światła typu profile, pc-ty, fresnele i innego rodzaju światła kierunkowe wypożyczamy, dzięki uprzejmości dyrekcji,
z Teatru Horzycy. Wiąże się to z pewnym kłopotem, ponieważ oczywiście generuje koszty - w tym wypadku koszty obsługi.

Odwiecznym problemem, który jest ciągle aktualny i pewnie będzie do końca, jest problem finansowy. Jest ciągle za mało pieniędzy na KLAMRĘ. Festiwal organizujemy za relatywnie bardzo niewielkie pieniądze. W porównaniu z innymi festiwalami teatralnymi, KLAMRA ma naprawdę niewielki budżet. Wymaga to ogromnego nakładu pracy, żmudnych negocjacji, ustaleń, rozmów, żeby udało się ten program jakoś ułożyć, żeby po prostu wystarczyło nam pieniędzy. Kolejną trudnością są ludzie, a dokładnie ich brak. W Od Nowie pracuje bardzo mało osób. KLAMRĘ robimy praktycznie w trzy osoby - z Justyną Bieluch i Rafałem Gawlikiem. Są oczywiście pozostali pracownicy Od Nowy, ale łącznie pracuje nas 5 osób, a to jest bardzo, bardzo niewiele. Przecież poza KLAMRĄ jest codzienna działalność: kino, wystawy, koncerty, spotkania. Są też inne festiwale. Kilka tygodni temu zakończyliśmy festiwal jazzowy, bardzo duży, międzynarodowy. W kwietniu odbywa się festiwal filmowy Watch Dogs, w maju Majowy BUUM Poetycki, juwenalia i wiele jeszcze innych wydarzeń, więc naprawdę jesteśmy bardzo zajęci. Mamy to szczęście, że wspierają nas wolontariusze, bez nich byłoby naprawdę ciężko. W realizacji KLAMRY bezpośrednio uczestniczy 20-30 osób, bo, jak już wspomniałem, są 3 sceny, wszystko trzeba przygotować, obsługiwać biuro festiwalowe, pomagać teatrom, kierować publicznością, posadzić widzów na miejscach, co nie jest takie proste, szczególnie w tej starej części. Do tego dochodzi promocja, sprzedaż biletów, informowanie widzów, prowadzenie stoiska, telewizji festiwalowej, redagowanie gazetki. Wszystko to wymaga dużej ilości osób i musimy to tak zorganizować, żeby z naszymi skromnymi zasobami ludzkimi oraz oczywiście przy pomocy wolontariuszy całość przebiegła sprawnie. Jest jeszcze cała skomplikowana sfera techniczna: nagłośnienie, oświetlenie, multimedia, scenografia - tu już nie pomogą nam wolontariusze - trzeba wynająć kompetentnych ludzi, którzy posiadają uprawnienia do pracy na wysokości i są po prostu fachowcami w swoich dziedzinach. Ogólnie, KLAMRA to impreza niezwykle skomplikowana logistycznie, technicznie, organizacyjnie i finansowo. Trzeba napisać wnioski, kosztorysy, potem to wszystko porozliczać, napisać sprawozdania i tak dalej. To naprawdę 2 miesiące codziennej pracy oraz kolejne 3 miesiące rozmów, negocjacji, przygotowań. Z kimś rozmawiasz, wysyłasz maila, ktoś ci odpisuje, gdzieś tam jest różnica zdań, więc dyskutujemy, negocjujemy inne, kompromisowe rozwiązania i tak to trwa, a przecież nie wszystko da się przewidzieć i ustalić. Czasami przedstawiciel teatru zapomina o czymś, albo zakłada, że jakaś sprawa jest oczywista i później na miejscu okazuje się, że mamy z tym problem. W każdym razie jest to najtrudniejsza w organizacji impreza, która odbywa się w Od Nowie, a jest ich ponad 200 w roku, zaś wliczając Aulę UMK - prawie 300.

- W tym roku przypadła 25. edycja KLAMRY. Z tej okazji mogliśmy obejrzeć wystawę plakatów pochodzących z poszczególnych odsłon festiwalu. W jaki sposób jubileusz wybrzmiał w innych działaniach okołofestiwalowych?

- Poza wystawą i adekwatną oprawą graficzną sam program festiwalu nawiązywał do tego jubileuszu. Zaprosiliśmy dużą liczbę teatrów, które od lat gościły na KLAMRZE, wielokrotnie były laureatami naszego festiwalu: Teatr Kana, Wierszalin, Maciek Adamczyk, czyli połowa Porywaczy Ciał, Teatr Ósmego Dnia. Również Teatr Biuro Podróży w pierwszych edycjach bardzo często grywał u nas. Myślę, że tę 25. edycję wieńczyło też bogactwo programu: dwa pełnoprawne koncerty - jazzowy i kończący festiwal, filmy, pełen zestaw spotkań, udział gości specjalnych. Po raz pierwszy w dziejach KLAMRY pokazaliśmy przedstawienie, a właściwie etiudę teatralną w plenerze. To również element specjalny, którego nie mieliśmy w latach ubiegłych. Nie liczę tzw. "fireshow", który odbył się wiele lat temu. Nie traktuję tego wydarzenia w kategoriach spektaklu. Natomiast w tym roku specjalną etiudę teatralną przygotował Leszek Mądzik, znakomita postać, człowiek znany na całym świecie, twórca teatralny, przede wszystkim reżyser i scenograf, ale też uznany artysta fotografik.

- Którą edycję KLAMRY wspomina Pan z największym sentymentem?

- To jest pytanie, na które praktycznie nie można odpowiedzieć. Organizuję już po raz 25. festiwal teatralny i dodatkowo jeszcze co roku kilka innych dużych festiwali. W moim życiu uzbierało się łącznie jakieś 120-130 festiwali, które organizowałem, więc pewne szczegóły się zacierają. Co roku były jakieś momenty wspaniałe, ale też momenty straszne, wpadki, które wypiera się z pamięci. Na przykład: Teatr Provisorium przyjeżdża z "Braćmi Karamazow" kilka lat temu. Podjeżdża samochód ze scenografią, okazuje się, że nie można jej wnieść, bo drzwi są za małe. I co teraz? To jest chwila grozy. Albo szukamy innej sali na szybko - gdzie, jak, nie ma na to środków, bo nie ma tego w budżecie, albo znajdujemy inne rozwiązanie. Oni się pytają, czy mamy jeszcze jakieś inne drzwi - wtedy jeszcze nie było tej nowej części i nie mieliśmy innego, większego wejścia. Na szczęście udało się coś tam odkręcić, coś zmniejszyć, ale i tak mieliśmy ogromne szczęście, bo największy element zmieścił się dosłownie o centymetr. Są też wspomnienia śmieszne, szczególnie po latach. Chyba na drugiej KLAMRZE podczas spektaklu w funkcjonującej wtedy w Od Nowie sali prób perkusista Kobranocki ćwiczył sobie po prostu na perkusji, więc spektaklowi towarzyszyły w tle wyraźnie słyszalne bębny. Teraz to jest nie do pomyślenia. Zamykamy bar na czas spektaklu, nikt nie może przebywać nawet w biurach, żeby nie było żadnego hałasu, w garderobie nie mogą siedzieć ludzie z ekipy technicznej, ochrona pilnuje wejścia do klubu, żeby nikt nie przeszkadzał w przedstawieniu.

Z festiwalem związanych jest oczywiście bardzo dużo wspomnień. Co roku mógłbym opowiedzieć kilka takich historii, które się pamięta pewnie na zawsze. W moim życiu KLAMRA trwała łącznie ponad pół roku. To jest sporo czasu, prawda? Pół roku bardzo intensywnego działania, bo trzeba sobie wyobrazić, że podczas KLAMRY, my śpimy po 5-6 godzin na dobę, pracujemy od 9-10 rano do 2-3 w nocy. Najczęściej jest tak, że teatr przyjeżdża w przeddzień, wtedy jest już montaż, ustawianie świateł. Niektóre teatry chcą, żeby jak najwięcej zrobić w nocy, aby potem w dzień nie było nerwowo, żeby nie było nadmiernego stresu. Zresztą niektóre teatry przywożą tak skomplikowaną scenografię i mają tak trudne światła, że to wymaga kilkunastu godzin pracy, a przecież teatr może wejść do sali i montować spektakl dopiero wtedy, kiedy zakończą się wszystkie wydarzenia w danym dniu. To naprawdę, bardzo skomplikowana materia i wspomnień jest ogromnie dużo.

- Co było dla Pana impulsem do stworzenia nagrody publiczności?

- Ta nagroda powstała trochę z wyrachowania. Zauważyłem, że media bardziej interesują się danym wydarzeniem właśnie wtedy, kiedy są jakieś nagrody, są laureaci. Pomyślałem sobie, że jeżeli wprowadzimy jakiś element konkursowy, przyciągnie to większą uwagę mediów. I tak się stało. Wprowadziliśmy nagrodę publiczności jako, moim zdaniem, nagrodę najbardziej wartościową. Sam jestem muzykiem, mam swój zespół już od wielu lat, gramy dużo koncertów, a przecież kiedyś zaczynaliśmy jeżdżąc na przeglądy, festiwale, konkursy, gdzie było jakieś jury, które oceniało mniej lub bardziej obiektywnie. Kiedyś w Rzeszowie, gdy braliśmy udział w takim konkursie, powiedziano nam nieoficjalnie, że bardzo dobrze zagraliśmy, ale nie możemy zająć pierwszego miejsca, bo tu jest taki układ ze sponsorem, że musi je zająć lokalny zespół. Powołując jury, bierzemy w jakimś stopniu odpowiedzialność za ocenę. A sztuka jest niemierzalna. Nie wyobrażam sobie, żeby można było oceniać, zestawiając Macieja Adamczyka z Tomaszem Bazanem czy Teatr Kana z Teatrem Amareya. Tu jest teatr, w którym słowo odgrywa kluczową rolę, a tam odgrywa ją ruch, gdzie słowa nie ma praktycznie w ogóle. To są nieporównywalne byty. Uważam, że sztuka to nie sport i nie powinno się jej mierzyć. Nigdy nie informujemy, kto jest drugi, trzeci, czwarty, ogłaszamy tylko laureata, ale to jest trochę inna kategoria, to jest nagroda za spektakl, który się najbardziej podobał widzom. Jury ocenia najczęściej w sposób akademicki, analizując warsztat, sposób przekazu, formę i tak dalej. Widzowie odbierają przedstawienie emocjonalnie. Przychodzą na spektakl i albo ten spektakl ich zainteresuje i chcą go oglądać, albo nie. Poza tym te nasze statuetki stoją później na półkach w siedzibach teatrów. Te teatry grają na całym świecie, jeżdżą z przedstawieniami do Meksyku, Brazylii, Japonii, Chin, Australii i wielu jeszcze miejsc, a później wracają do domu i statuetka z napisem "Klamra" tam jest. Ktoś ich odwiedza, ogląda nagrodę, pyta o KLAMRĘ i dowiaduje się o naszym festiwalu. I to jest bardzo miłe dla nas.

- Czy ma Pan już pomysł na to, jak będzie wyglądała kolejna KLAMRA? Czy nastąpią jakieś zmiany?

- Na pewno festiwal czekają zmiany, być może duże. Nie chcę być złym prorokiem, ale jeżeli KLAMRA nie będzie miała gwarancji finansowych, to jej byt jest wręcz nawet zagrożony. My nie możemy dłużej organizować poważnego, dużego festiwalu na takich trochę "harcerskich" zasadach. 25. KLAMRA jest świetnym momentem, taką cezurą - zobaczymy, co będzie dalej. Prawie na pewno nie będzie się odbywała w marcu. Jest to dla nas zbyt trudne. W środku sezonu, po bardzo dużym festiwalu Afryka Reggae, po międzynarodowym festiwalu jazzowym dwa, trzy tygodnie później jest już KLAMRA. Myślę, że kolejne KLAMRY przeniesiemy najprawdopodobniej na październik, ewentualnie może połowę kwietnia, ale zobaczymy, co czas przyniesie. Na pewno musimy też zastanowić się nad formułą festiwalu. Być może konieczne będą jakieś zmiany. To wszystko zależy od wielu czynników. Jednak na razie cieszymy się jeszcze 25. KLAMRĄ, która, mimo wielu trudności, bardzo się udała.

- Dziękuję za rozmowę.