Sebastian Dudzik
DYPLOMY 2016
Marta Mańkowska, "Zwierciadło"

Od wielu lat zastanawiam się nad umownością kryteriów oceniania prac artystycznych i to bez względu na to, czy chodzi o sztuki wizualne, muzyczne, literackie czy też teatralne. O ile wartości techniczne, opanowanie warsztatu, i umiejętność konsekwentnego przeprowadzenia zamysłu do finalnego stanu w każdej z wymienionych wyżej dziedzin ma swoje jasne kryteria wypracowane choćby w ciągłym doskonaleniu warsztatu i sposobów kształcenia, to jak obiektywnie ocenić ową wartość dodaną w sztuce, która robi znaczącą różnicę? Taką, która pozwala oddzielić czyste rzemiosło od sztuki? Tak naprawdę jest to pytanie retoryczne. Lata doświadczeń pracy w różnego rodzaju zespołach jurorskich nauczyło mnie, że bardzo łatwo się pomylić. W natłoku prac (często epatujących swym sugestywnym przekazem) można nie zauważyć "cichej" i niepozornej perełki. Można też na siłę szukać artyzmu tam, gdzie go rzeczywistości nie ma, tłumaczyć sobie nowatorstwem ledwie skrywaną warsztatową nieudolność lub intelektualną mieliznę. Jedno jest pewne, oceniając należy zawsze wielokrotnie rozpatrywać wszelkie wątpliwości, drążyć problem, tak aby zyskać w miarę pełny obraz relacji między intencjami artysty a ich realizacją, między formą wizualnego przekazu a jego treścią, między technicznymi uwarunkowaniami a ich świadomym bądź nieomijaniem czy też przekraczaniem. Na szczęście prace słabe szybko same się "demaskują". Gorzej jest z oceną tych, w których artysta wyraźnie gra z formą i warsztatem. Zawsze pozostanie jakiś cień wątpliwości. Czy jest więc sens silić się na jakąkolwiek ocenę? Tu raczej nie mam wątpliwości. Każda ocena jest już sama w sobie wyznacznikiem recepcji dzieła, jest też jednocześnie wyrazem pewnej świadomości tu i teraz. Podobnie jest z oceną prac kończących jakiś etap artystycznej nauki. Tutaj również kryteriów powinno być wiele. One pozwolą nie tyle na w pełni obiektywny osąd, co zniwelują ryzyko zbyt szybkiego odrzucenia.

Dla młodych adeptów sztuki szczególnym sprawdzianem jest przygotowanie dyplomu. Z jednej strony praca ta ma być gwarantem osiągnięcia dojrzałości pod względem warsztatowym (szkolnym), z drugiej ma przekonać oceniających o artystycznej samodzielności i twórczym potencjale dyplomanta. Już te tylko uwarunkowania przesądzają, że prace powinno się oceniać z dwóch różnych (czasami nawet przeciwstawnych) perspektyw. Osobiście nie zazdroszczę oceniającym dyplomy. Odpowiednie wyważenie oceny musi być szczególnie trudne. Przekonać się o tym można na dorocznej wystawie dyplomów powstałych na Wydziale Sztuk Pięknych. Już po raz kolejny prezentacja ta gości w salach Centrum Sztuk Współczesnej "Znaki Czasu". W tym roku wystawionych zostało ponad 50 dyplomowych realizacji z 11 specjalności prowadzonych przez Instytut Artystyczny oraz Instytut Zabytkoznawstwa i Konserwatorstwa.

Valeriya Kabluka, "Linium"

Obserwując od kilku ładnych lat prezentację najlepszych prac dyplomowych z naszej uczelni, nie bez satysfakcji stwierdzam pewną prawidłowość. W zakresie malarstwa, rzeźby, fotografii czy multimediów mamy do czynienia z pewną fluktuacją poziomu. Jednego roku mamy do czynienia z "wysypem" interesujących realizacji z zakresu rzeźby, w następnym o wiele bardziej frapująco prezentowały się prace malarskie czy fotograficzne. Inaczej jest w bliskich mi grafice artystycznej i projektowej. Dyplomy w tych dziedzinach trzymają stały wysoki poziom. Nie znaczy to wcale, że co roku możemy zobaczyć prace wybitne, porażające swą dojrzałością i sugestywnością. Zawsze jednak kilku dyplomantów legitymuje się zarówno wysokim poziomem opanowania warsztatowego, jak i dużą dojrzałością przekazu. Można powiedzieć, że grafika dla kształcenia artystycznego w Toruniu jest swego rodzaju gwarantem jakości.

Podobnie jest w tym roku. Oglądając wystawę niewątpliwie natkniemy się na warte odnotowania instalacje przestrzenne, multimedialne realizacje, cykle malarskie czy rzeźbiarskie. Tym razem to prace intermedialne wydają się brylować. Przykładem jest choćby instalacja "Zwierciadło" autorstwa Marty Mańkowskiej (promotor: dr hab. Anna Kola). W porównaniu z zeszłym rokiem trochę mniej różnorodnie prezentują się dyplomy z malarstwa, choć i tu znaleźć można ciekawe realizacje. Do takich z pewnością należy cykl "Linium" autorstwa Valeriyi Kabluki (promotor: prof. Jan Pręgowski), w którym autor rozpatruje obrazotwórczą i semantyczną wartość linii. W sposób sugestywny, niemal narzucający, definiuje ona ludzki kształt. Konturowość sylwetek w połączeniu z syntetycznym opracowaniem barwnym nawiązują wyraźnie do popartowsko-komiksowej estetyki. Nie może ona jednak w całości przesłonić liniowych ornamentów otoczenia, które rozbijają oczywistość konturowych form.

Fot. Emma Kwiatkowska, "Lęk nie potrzebuje zaproszenia"

Na tle tych wszystkich malarskich, rzeźbiarskich czy intermedialnych realizacji to grafika prezentuje się na tyle sugestywnie i zarazem różnorodnie, że ma się wrażenie jej ilościowej dominacji w ekspozycji. Nie przez przypadek laureatką dorocznej nagrody im. Tymona Niesiołowskiego za Najlepszy Dyplom Artystyczny została graficzka Emma Kwiatkowska. Wyróżnienie to otrzymała za cykl "Lęk nie potrzebuje zaproszenia". Powstał on w pracowni wklęsłodruku prowadzonej przez prof. Marka Zajki. W jedenastu kompozycjach artystka snuje oszczędną w formie, ale też nasyconą pod względem symbolicznym i emocjonalnym narrację o kondycji współczesnego młodego człowieka. Autorka uznała, że najbardziej miarodajnym kryterium jej definiowania jest wartość różnorakich lęków. Strach przed samotnością, śmiercią, brakiem akceptacji, utratą własnego miejsca na ziemi to czynniki, które determinują nasze postawy i działania, mają też ogromny wpływ na to, jak postrzegamy otaczająca nas rzeczywistość. Opowieść Kwiatkowskiej prowadzona jest z dużym wyczuciem zbalansowania między dosłownością znaku (pisanego i ikonicznego) a poetyką dalekich skojarzeń oraz dyskretnym budowaniem nastroju poprzez abstrakcyjne formy. Graficzka z dużym wysmakowaniem operuje napięciami powstającymi między oszczędną tintową lub litą plamą, suchorytową i trawioną kreską oraz fakturalnymi efektami odcisku. W ten świat umiejętnie wprowadza mniejsze lub większe fragmenty tekstów. To, co jednak na mnie zrobiło największe wrażenie, to sposób wykorzystania barwy. Płaskie plamy czerwieni lub błękitu stanowią istotną wartość zarówno w koncepcji poszczególnych kompozycji, jak i na poziomie całego cyklu. To właśnie barwne aplikacje w połączeniu z różnicowaniem formatów a nawet kształtów poszczególnych prac działają niemal jak muzyczne akcenty, rytmizują całość, jednocześnie spajając cały cykl.

Udanych dyplomów z pracowni graficznych na wystawie znaleźć można więcej. Na uwagę zasługują choćby "Potrzebujesz tego" Marty Grzywińskiej oraz "Pojutrze" Ariadny Żytniewskiej, powstałe także w pracowni Zajki, czy "Hipochondrycy" Beaty Starczewskiej z pracowni prof. Bogumiły Pręgowskiej. Jeśli dodamy do tego zaangażowane społecznie plakaty z cyklu "Jutro będzie futro" Edyty Orzoł, projekt "Londyn" Miłosławy Cichosz czy ilustracje do "Złego" Leopolda Tyrmanda autorstwa Karola Banacha z grafiki projektowej, to otrzymamy niezwykle mocną reprezentację, która przesądza o graficznej dominacji w tegorocznej prezentacji.

Jak każda wystawa łącząca w sobie specyfikę środowiskowego przeglądu ze szkolno-konkursową formułą, tak i Dyplom 2016 ma swoje mocniejsze i słabsze strony. Zastanawia mnie, czy nie byłoby dobrym rozwiązaniem dla podniesienia atrakcyjności samej ekspozycji powierzenie jej organizacji zewnętrznemu kuratorowi.

Zdjęcia pochodzą z archiwum CSW "Znaki Czasu".