GŁOS UCZELNI

Strona Głosu UczelniUniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

Chrześcijaństwo po afrykańsku

Z ks. dr. WITOLDEM DORSZEM z Wydziału Teologicznego UMK rozmawia Kinga Nemere-Czachowska

Fot. nadesłana

- Po co jeździ Ksiądz do Zambii w Afryce?

- Jak do tej pory byłem tam już trzy razy jako visiting professor w misyjnym seminarium diecezjalnym Redemptoris Mater w Kitwe - drugim co do wielkości mieście Zambii. Ponieważ w Kitwe nie ma pełnej kadry profesorskiej, część wykładowców przybywa na okres kilku tygodni z różnych ośrodków z całego świata: m. in. z Włoch, USA, Kenii, a także i z Polski. Seminaria tego rodzaju mają charakter międzynarodowy i przygotowują księży do ewangelizacji w każdym zakątku globu. Kandydaci rekrutują się ze wspólnot Drogi Neokatechumenalnej z różnych krajów i kształcą się w tym seminarium, które wylosują. Po święceniach kapłańskich oraz po kilku latach pracy w macierzystej diecezji gotowi są przyjąć posłanie do dowolnego miejsca świata, aby tam oddać życie dla Chrystusa. Wykładałem więc dla słuchaczy z Zambii, Ugandy, Kenii, Tanzanii, Wybrzeża Kości Słoniowej, ale także Hiszpanii, Ekwadoru, Argentyny, Brazylii i Polski.

- Czego uczy Ksiądz seminarzystów?

- Najpierw wykładałem historię filozofii starożytnej, potem nowożytnej, a ostatnio filozofię kultury i relację wiara - kultura. Większość alumnów w Kitwe to Afrykańczycy. Kiedy leciałem pierwszy raz do Zambii, byłem bardzo ciekaw, jak oni będą odbierać filozofię, która przecież zrodziła się w kulturze bardzo odmiennej. Te wykłady były dla mnie nie mniejszym przeżyciem niż wyjazd na safari.

- Wyszły aż tak egzotycznie?

- Bardzo ciekawie. Kultura afrykańska jest kulturą słowa. Ten, kto mówi, jest ważny. Tam nigdy nie ma problemu z dyskusją, każdy chce mówić. Jako jedną z lektur obowiązkowych do zajęć zadałem im "Obronę Sokratesa" Platona, a potem zaproponowałem dyskusję o tym, czy demokracja jest winna śmierci słynnego filozofa. Po podzieleniu na grupy "za" i "przeciw" i wspólnym przygotowaniu w nich argumentów pojawił się niemały problem wyboru rzeczników obu grup. Wykorzystując wszystkie elementy sztuki oratorskiej i z trudem przezwyciężając z moją pomocą pokusę odwołania się także do argumentów siłowych, rzecznicy starli się ze sobą w prawdziwym boju. Zaskakujące, że w jednym byli zupełnie zgodni - że demokracja nie jest ustrojem dla Afryki.

- Jak afrykańscy klerycy patrzą na naszą cywilizację?

- Nie mieści im się w głowie niewiara w Boga. Ateizm czy agnostycyzm są dla Afrykańczyków nie do pojęcia. Z drugiej strony mają cały czas przeświadczenie, że Europejczycy patrzą na nich z góry. W wielu z nich tkwią ukryte kompleksy związane z tym, że w przeszłości ewangelizacja często szła w parze z pogardą dla ich tradycji i narzucaniem obcej im kultury. Ujawniło się to szczególnie podczas omawiania na zajęciach problemu inkulturacji wiary. Zwróciłem uwagę na fakt, że nie dotyczy on tylko tzw. krajów misyjnych, ale i cywilizacji Zachodu, która utraciła w dużej mierze swoje chrześcijańskie korzenie oraz pamięć symboliczną i - zgodnie ze słowami Jana Pawła II - potrzebuje "nowej ewangelizacji". To był moment przełomowy, który zaowocował zmianą nastawienia wielu z nich. Mogłem się o tym ostatecznie przekonać, kiedy z zadziwieniem czytałem napisane przez nich prace zaliczeniowe.

- Co zaskoczyło Księdza najbardziej?

- Klerycy mieli za zadanie napisać własną definicję kultury, skonfrontować ją z koncepcjami, które omawialiśmy w czasie wykładów, a na końcu zgodnie z tą definicją przedstawić swoją własną kulturę i dokonać jej duchowego rozeznania. Mieli pokazać te jej elementy, które są owocem dialogu kultura - wiara lub pozostają na taki dialog otwarte, oraz te, które stanowią jego przeszkodę i są z chrześcijaństwem absolutnie nie do pogodzenia. Gdy czytałem niektóre prace, w pierwszej chwili gotów byłem sądzić, że ich autorzy zrobili sobie ze mnie żarty i że wszystko wyssali z palca. Okazało się, że opisując elementy własnych kultur, prawie wszyscy złamali swoje plemienne tabu. Między sobą nigdy nie rozmawiają o takich sprawach, a co dopiero z Europejczykiem!

- O czym pisali?

- Ogólnie mówiąc, największą przeszkodę w relacji z wiarą chrześcijańską dostrzegali w niektórych praktykach i obrzędach związanych z małżeństwem i śmiercią. Pisali jednak nie tylko o praktykowaniu magii, stosunku do kobiet czy wielożeństwie - o tym wiedziałem już wcześniej, ale także na przykład o rytualnych morderstwach - włosy stanęły mi na głowie!

- Jakie obrzędy analizowali?

- Członkowie jednego z plemion wierzą na przykład, że zmarły wódz wróci pod postacią lwa. Po jego śmierci przez cały rok przygotowują jego ciało do pogrzebu, m.in. wyrywają zęby, które w woreczku czekają i będą potem służyły jako zęby wodza-lwa. W pogrzebie uczestniczą tylko mężczyźni po inicjacji plemiennej. Wodzowi chowanemu w ziemi towarzyszy para nastolatków, grzebanych żywcem pod jego ciałem, aby nie był sam. Zrozumiałem, że autor tego opisu musiał uczestniczyć w takim pogrzebie. Pisał to, co znał z własnego doświadczenia, zdradzając równocześnie tajemnicę plemienia.

- Podobno Afrykańczycy ciągle chodzą na pogrzeby?

- Tak, bo bardzo boją się duchów zmarłych. Poza tym panuje przekonanie, że za śmiercią człowieka zawsze stoi inny człowiek, który rzucił czary. Najlepszym sposobem uwolnienia się od ewentualnych podejrzeń jest pojawienie się na pogrzebie lub przynajmniej odwiedzenie grobu zmarłego. A ponieważ na malarię i AIDS umiera bardzo dużo ludzi (średnia wieku wynosi mniej niż 40 lat), to wszyscy ciągle uczestniczą w pogrzebach. Ale potem groby są opuszczone, nikt nie ma odwagi się do nich zbliżać.

- Jakie jeszcze tajemnice odsłaniali?

- Kilku kleryków pisało, że po śmierci męża wdowa musi zostać oczyszczona, aby uwolnić ducha zmarłego. Rytuał oczyszczenia odbywa się poprzez publiczny stosunek płciowy z bratem zmarłego lub nawet własnym synem czy wnukiem. Na dodatek po śmierci mężczyzny jego rodzina zabiera cały dobytek małżonków, także wszystko to, czego dorobili się oni wspólnie. Kobieta, zwłaszcza kiedy jest ładna i młoda, może zostać kolejną żoną jednego z braci męża.

- Wszystko to jest raczej sprzeczne z zasadami chrześcijańskimi...

- Absolutnie tak, ale mamy też przykłady chrześcijańskiej dojrzałości niektórych Zambijczyków. Rektor seminarium zachęcił mnie do rozmowy z wdową, która pracowała w seminarium w charakterze wolontariuszki. I to ona właśnie opowiedziała mi, że pewnego dnia wyszła z synem na bazar, a po powrocie do domu nie zastała w nim dosłownie niczego. Natychmiast domyśliła się, że coś złego się stało z jej mężem. Okazało się, że śmiertelnie potrącił go samochód i jego rodzina, która o wypadku dowiedziała się pierwsza, natychmiast wszystko z ich domu zabrała. Ale będąc już chrześcijanką, kobieta ta nie mogła zgodzić się ani na rytuał oczyszczenia, ani na związek z którymś z braci męża. Przetrwać pomogła jej wspólnota neokatechumenalna, potem dostała pracę sekretarki w kopalni, wykształciła synów i - kiedy stali się samodzielni - zgłosiła się jako wolontariuszka do pracy przy seminarium. 20 lat później dojrzała do tego, aby pójść do członków rodziny męża i prosić ich o wybaczenie za to, że przez te wszystkie lata pragnęła zemsty i życzyła im śmierci. I to była prawdziwa rewolucja! Bo gdyby poszła powiedzieć "wybaczam wam", oni spojrzeliby na nią z góry i ją odrzucili. A ponieważ to ona poprosiła ich o wybaczenie, byli w szoku.

- Jak afrykańscy klerycy i księża radzą sobie z zasadami życia chrześcijańskiego w obliczu tak silnych tradycji własnych plemion?

- To jest pierwsze albo najwyżej drugie pokolenie ludzi nawróconych na chrześcijaństwo. Jeden z kleryków odszedł z seminarium, bo nie wytrzymał presji rodziny. Oczekiwano, że to właśnie on zajmie się żoną brata zmarłego na AIDS. To na nim miał spoczywać obowiązek utrzymania tej kobiety i jej dzieci.

- Dlaczego więc tak wielu Afrykańczyków chce być księżmi?

- To, że ktoś chce wstąpić do seminarium, nie zawsze znaczy, że ma zamiar żyć zgodnie z panującymi tam regułami. Dla wielu jest to jak przejście z buszu wprost do pięciogwiazdkowego hotelu. W ich mentalności ksiądz to jest wielki pan, który patrzy na ludzi z góry i nosi trzy pierścienie, białe mankiety oraz złote spinki. Aby uniknąć gorszących sytuacji w przyszłości, potrzeba starannego rozeznania i odpowiednio długiej formacji, takiej na przykład jaką dają seminaria Redemptoris Mater. Ksiądz Afrykańczyk zawsze zostanie skierowany do takiej parafii, z której może nie tylko sam się utrzymać, ale też wspierać sporą liczbę członków swojego rodu. Będzie to więc parafia miejska. Do buszu idą misjonarze.

- A kobiety?

- Status kobiety wyznacza posiadanie dziecka. Mężczyzna musi być żonaty, aby w pełni być mężczyzną. Natomiast kobieta wcale nie musi być zamężna, najważniejsze, żeby miała dziecko. Najlepiej mieć dziecko z białym, bo przecież każdy biały jest bogaty, poza tym dziecko będzie miało jaśniejszą karnację, co nobilituje. A jeśli ojcem będzie ksiądz, to takiego nawet czary się nie trzymają! Zdarza się, że kobieta wchodzi, rozbiera się i mówi do księdza, że chce mieć z nim dziecko. Dlatego na plebanię młodych kobiet nie wpuszcza się.

- Czy ksiądz poznał też inne regiony Zambii?

- Zawsze starano się coś mi pokazać - byłem na safari w South Luangwa National Park - jednym z najbardziej znanych parków narodowych Zambii, widziałem słynne Wodospady Wiktorii. Podczas mojego ostatniego pobytu rektor seminarium zorganizował mi podróż na drugi koniec kraju, do jedynego klasztoru benedyktyńskiego w Zambii, w Katibunga, oraz do Chilonga - misji, w której pracował ksiądz Marian Kołacki z Diecezji Włocławskiej. Zginął w 2001 r. w tragicznych okolicznościach, zmasakrowany przez autobus jadący do Tanzanii. Do dzisiaj nie wiadomo, czy kierowca świadomie go rozjechał, czy też chciał go tylko nastraszyć i nie zdążył w porę wykręcić kierownicy. I nie byłoby żadnej sądowej sprawy, gdyby nie to, że okoliczna ludność traktowała swojego księdza nie jako białego, a jako Zambijczyka.

- Czym się tak bardzo zasłużył?

- Ksiądz Marian mówił kilkoma miejscowymi językami, co nie jest łatwe - żeby nimi się porozumiewać, trzeba znać całą mitologię i tradycję plemienną. Policja błyskawicznie interweniowała, kierowcę zatrzymano jeszcze przed granicą i stała się rzecz niesłychana - ludzie zeznawali na rzecz białego przeciwko czarnemu. Ponieważ jednak diecezja nie wniosła oskarżenia, puszczono go wolno. Jakiś czas później kierowca ten jechał z Tanzanii do Zambii, zderzył się z cysterną i zginął. Ludzie z parafii są przekonani, że to ksiądz Marian zemścił się `na mordercy. Taki jest afrykański sposób rozumienia chrześcijaństwa!

- A jak traktowali ziomka ks. Mariana z tej samej diecezji?

- Nie tylko nikt się nie dziwił, że przyjechałem na jego grób, ale byłem też dla nich kimś o takiej samej mocy jak zmarły. Odnosili się do mnie z szacunkiem, ale też i z bojaźnią. Ale co się dziwić Zambijczykom, których chrześcijaństwo ma zaledwie sto lat! Jako duszpasterz akademicki towarzyszyłem mojemu biskupowi podczas wizyty w jednej z uczelni. Biskup chciał podać rękę witającemu go rektorowi, ale ten powiedział: ale nie przez próg! I wtedy biskup pół żartem, pół serio stwierdził: tysiąc lat chrześcijaństwa, a my cały czas na tym etapie jesteśmy!

- Czy spotkał Ksiądz także innych polskich misjonarzy?

- Tak, w Zambii pracuje bardzo wielu polskich księży, sióstr zakonnych i ostatnio także świeckich wolontariuszy. Największym przeżyciem były dla mnie odwiedziny u śp. kardynała Adama Kozłowieckiego na misji w Mpunde, ponad 40 kilometrów afrykańską drogą od najbliższego miasta - Kabwe. Miał już 95 lat, ale był w pełni sił, zmarł rok później. To postać niezwykła. Był to człowiek o niezwykłym poczuciu humoru, bardzo serdeczny i przepełniony miłością do Polski. Do Afryki trafił w 1946 roku, niemal prosto z obozu koncentracyjnego w Dachau. Po wojnie nie chciał uchodzić za męczennika, mimo że bardzo pragnął szybko wrócić do ukochanej ojczyzny, zasugerowano mu wyjazd do ówczesnej Północnej Rodezji na misję. Dopiero tam nauczył się angielskiego, potem został pierwszym arcybiskupem, metropolitą Lusaki. Zgodnie z duchem II Soboru Watykańskiego, zadeklarował gotowość rezygnacji z funkcji arcybiskupa, jeśli znajdzie się godny afrykański następca. Został nim Emmanuel Millingo.

- To bardzo kontrowersyjna postać...

- Niestety tak. Jedną z jego pierwszych decyzji było usunięcie swojego poprzednika z diecezji. Arcybiskup Kozłowiecki podjął wówczas pracę w Chingombe, misji położonej w bardzo trudno dostępnym terenie na północy Zambii, i to prawdopodobnie uratowało mu życie. Gdyby był pod ręką, Millingo z pewnością pozbyłby się go, tak jak władcy afrykańscy czynią to ze swoimi poprzednikami, aby ich siła nie stanowiła dla nich zagrożenia. Jako arcybiskup Lusaki Millingo stał się znany ze swoich praktyk egzorcystycznych i uzdrowicielskich, opartych na staroafrykańskich tańcach i obrzędach magicznych, i w 1983 roku został przeniesiony do Rzymu. Tam jednak związał się z sektą Moona i wziął ślub z Koreanką. Dzięki zabiegom Jana Pawła II udało się doprowadzić do jego powrotu, ale krótko potem znów zerwał z Kościołem. Tymczasem papież Jan Paweł II w 1998 roku ogłosił arcybiskupa Kozłowieckiego kardynałem.

- Czy był Ksiądz w miejscu, gdzie znajdował się obóz polskich uchodźców, którzy opuścili ZSRR razem z armią gen. Andersa?

- Zabrał mnie tam rektor seminarium. Wjechaliśmy w pole kukurydzy i nagle zobaczyłem kamiennego orła w koronie z napisem "Boże, zbaw Polskę!". To jest właśnie to miejsce. Jest tam też mały cmentarz, na którym są pochowani polscy uchodźcy, odkryty po latach przez pochodzącego z RPA właściciela pobliskiej kopalni. Zadbał on o cmentarz, postawił tam strażników. Robi to z nadzieją na to, że po jego śmierci ktoś zaopiekuje się jego grobem.

- To są jedyne polskie pozostałości w Zambii?

- Nie. W zakrystii u franciszkanów w Ndoli wisi kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Pochodzi z miejscowości Kopyczyńce na Podolu. W 1939 roku Sowieci dokonali profanacji obrazu, pocięli go i wrzucili w błoto. Ocalił go z narażeniem życia jeden z mieszkańców, Piotr Jakieła. Obraz trafił później wraz z nim na Syberię, a potem do Afryki. Grób zmarłego w 1947 roku Piotra Jakieły znajduje się na wspomnianym cmentarzu. Zarówno orzeł, jak i ten obraz Matki Boskiej są symbolem tragicznej historii Polski w XX w.

- Dziękuję za rozmowę.

Poczatek stronyStrona Głosu UczelniUniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu