GŁOS UCZELNI

Strona Głosu UczelniUniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu

- Ciągle silnie obecna jest tradycyjna przewaga formy nad treścią. Forma jest jedną z podstawowych cech japońskiej kultury

Uczciwy jak Japończyk

Z dr ELŻBIETĄ KOSTOWSKĄ-WATANABE z Katedry Etnologii UMK rozmawia Kinga Nemere-Czachowska

- Spędziła Pani w Japonii 24 lata, wykładając na tokijskim uniwersytecie socjologię. Teraz prowadzi Pani dla studentów toruńskiej etnologii wykład na temat transformacji Japonii. Czy kulturowo kraj ten jest jeszcze azjatycki, czy już bardziej zachodni?

- Japonia podjęła wysiłek zmiany społecznej jeszcze większy niż Polska po upadku socjalizmu - trwa on od połowy XIX w. Każdej dużej transformacji towarzyszą pewne charakterystyczne zjawiska. Japonia jest wdzięcznym tematem - wyszła przecież z totalnej izolacji od świata i do końca II wojny światowej można było tam obserwować bardzo ciekawe zjawisko kreacji określonego typu obywatela. Później, kiedy Amerykanie narzucili jej demokrację, zmiany nabrały jeszcze szybszego tempa. Społeczeństwo Japonii staje się coraz bardziej różnorodne, a za tym idą zmiany świadomości i wzorców kulturowych.

- To znaczy, że Japończycy ciągle balansują między tradycją a nowoczesnością...

- Tak, widać to choćby w języku. Obok "normalnego" języka Japończyk używa też keigo, języka odświętnego, nazywanego "grzecznym", wykorzystywanego w specjalnych okolicznościach, np. w sytuacji rozmowy z kimś usytuowanym w hierarchii społecznej znacznie wyżej. Jeśli spotyka się dwóch nieznajomych Japończyków, którzy nie mogą wymienić się wizytówkami i nie wiedzą o sobie nic, ścigają się w grzecznościowych formułach keigo. Ten, kto lepiej operuje bardzo skomplikowanymi regułami tego języka, wygrywa. Ale obecnie umiejętność posługiwania się keigo zanika, więc w firmach młodzi pracownicy muszą przechodzić specjalne szkolenia w tym zakresie. No bo przecież muszą umieć odpowiednio rozmawiać z klientami. Druga ciekawa rzecz - język japoński można podzielić na męski i żeński, są bowiem końcówki, których używają tylko mężczyźni albo tylko kobiety. Nawet słowo "ja" nie ma jednej formy! Ostatnio obserwuje się zdumiewające zjawisko odrzucania przez dziewczynki końcówek formy żeńskiej na rzecz męskiej! Być może, jest to efektem konsekwentnej polityki państwa w kwestii egalitaryzacji płci. Tradycyjnie pozycja mężczyzny, a także chłopca, była dużo wyższa niż kobiety czy dziewczynki, dlatego to językowe ujednolicanie jest - moim zdaniem - nieświadomym odrzucaniem tradycyjnego wzoru kobiecości. Jest w tym trochę kokieterii, ale jednocześnie ucieczka od podziału na świat kobiecy i świat męski.

- Czy dążenie do równości płci jest kolejną cechą zachodniej kultury, którą Japończycy adaptują na własną?

- Tak, ale nieświadomie, bo generalnie kobiety uważają, że parzenie kawy koledze z pracy świadczy o ich dobrych manierach, a nie o niższym statusie. Nie dostrzegają w tym wartości dyskryminacyjnej.

- Jakie odmienne cechy japońskiej kultury wywierały na Pani największe wrażenie?

- Ciągle silnie obecna jest tradycyjna przewaga formy nad treścią. Forma jest jedną z podstawowych cech japońskiej kultury. Jeśli prezent nie będzie stosownie opakowany i wręczony z odpowiednim ceremoniałem, lepiej, żeby go w ogóle nie było. Mniej ważne jest uczucie, ważniejsza forma, w jakiej zostanie wyrażone. Tego rodzaju wzorce obecne są w każdej kulturze, ale w Japonii sprowadzają się do kanonu dobrego wychowania.

- Zwykle jednak ulegają przekształceniom, zmianom...

- Tam też! Starsze pokolenie narzeka, że młodzi nie wiedzą, jak się kłaniać: komu, ile razy, jak nisko. Dzisiaj, zwłaszcza w dużych miastach, presja społeczna zanika, młode pokolenia chowa się w dużej swobodzie, chyba nawet większej niż w Polsce. Totalna anonimowość temu sprzyja. Do złego tonu należy na przykład zwrócenie uwagi komuś nieznajomemu w autobusie czy na ulicy, choćby nie wiem co robił. Każdy udaje, że niczego nie widzi i nie słyszy.

- Czy Japończycy są zapatrzeni w kulturę europejską? A może bardziej w Stany Zjednoczone?

- To jest uczucie typu kocham cię i nienawidzę. Cywilizacja zachodnia Japończykom bardzo imponuje, biała kobieta uważana jest za ideał piękności. Jednak z drugiej strony Japończycy cały czas starają się wykazać, że są lepsi. Są przekonani, że Zachód ich nie docenia, co zresztą wcale nie jest prawdą. Oni po prostu mają kompleks Ameryki. Jednocześnie obawiają się utraty japońskości pod wpływem Zachodu. Na przykład, jeżeli Japończyk za dobrze mówi po angielsku, to inni uważają, że straci japońską duszę. Znam ludzi, którzy świadomie posługiwali się angielskim gorzej niżby mogli, bo nie chcieli narażać się na taką opinię.

- Na początku polskiej transformacji Lech Wałęsa zapowiadał, że zbudujemy drugą Japonię. Oczywiście miał na myśli wzór, jakim jest dla nas tamtejsza gospodarka. Jakie inne cechy japońskiej kultury są dla Pani bezwzględnie pozytywne?

- Przede wszystkim poszanowanie dla prawa. I nie chodzi nawet o to, że w Japonii panuje mała przestępczość, tylko o to, że przeciętnemu Japończykowi przez myśl by nie przeszła praca na czarno albo udawanie, że jest bezrobotnym, i naciąganie państwa na zasiłek. To społeczeństwo jest głęboko uczciwe. Nie ma tam kultu cwaniactwa. Japończycy są na swój sposób naiwni i w związku z tym dają się łatwo oszukać. Po powrocie do Polski też padłam ofiarą wyłudzaczy, bo przez te 24 lata przesiąkłam etosem uczciwości i jeśli ktoś twierdzi, że jest fachowcem, to mu wierzę. Tymczasem w Polsce jest inaczej - nie można zaufać zupełnie obcemu człowiekowi.

- A co było dla Pani najtrudniejsze do zaakceptowania?

- Brak pełnej akceptacji przez Japończyków mojej osoby mimo 24 lat życia w Japonii. No bo jeżeli ktoś wie, jak długo tam mieszkam, a mimo to po dwóch wypowiedzianych przeze mnie zdaniach wpada w zachwyt nad tym, jak pięknie mówię po japońsku, to coś takiego mocno mi doskwiera. Poza tym, proszę sobie wyobrazić, że przebywanie zamężnej kobiety w męskim towarzystwie nie tylko mąż, ale także jego rodzina odbiera jako afront. Mogłam się włóczyć z kobietami od rana do wieczora, gdzie tylko chciałam - to nikomu nie przeszkadzało. Ale wstydu narobiłabym mężowi, gdybym ruszyła gdzieś w gronie mężczyzn. Nikt nie widzi nic złego w tym, że mąż spotyka się z innymi kobietami, pod warunkiem że taka sytuacja nie zagraża jego małżeństwu. Tymczasem żona jest pod dużo silniejszą presją społeczną. To też mnie nieco męczyło.

- Jak kształtowały się Pani relacje w pracy, w środowisku naukowym?

- W uniwersyteckim Zakładzie Socjologii byłam jedyną kobietą. Przez 17 lat nie miałam etatu, tylko kontrakt. Na końcu powiedziałam szefowi, że wracam do Polski między innymi dlatego, że nie widzę dla siebie żadnych perspektyw w Japonii, choćby etatu. On się zdumiał, bo myślał, że etat będzie dla mnie niewygodny. Praca jest przecież dla zamężnej kobiety zawsze tylko dodatkiem do rodziny, a nie odwrotnie. Wiele kobiet albo nie pracuje w ogóle, albo w ograniczonym zakresie. Mój szef uważał więc, że idzie mi na rękę, a ja się nie skarżyłam. Natomiast jeśli chodzi np. o wynagrodzenie - traktowano mnie na równi z innymi pracownikami.

- Jeden ze stereotypów na temat Japończyków mówi o wyznawanym przez nich kulcie pracy i lojalności pracownika względem firmy. Ile w tym prawdy?

- Są to elementy kultury pracy ukształtowane pod koniec XIX w. Natomiast jeśli chodzi o tzw. japoński model zarządzania, to jest to model dwudziestowieczny, który został w pełni ukształtowany dopiero po II wojnie światowej. Nie było zwyczaju wyrzucania pracownika na bruk, firma przenosiła go najwyżej na inne stanowisko. Pracownik często miał gwarancję pracy aż do emerytury, bo wtedy firma mogła liczyć na jego lojalność - cechę cenioną bardzo wysoko. Ale okazało się, że taka dbałość o pracownika jest dość kosztowna, a teraz Japończycy zaczynają liczyć się z kosztami, więc powoli odchodzą od tego systemu. W tej chwili japoński system zatrudnienia jest hybrydowy - niesie to ze sobą globalizacja. Moim zdaniem, obraz Japończyka harującego dzień i noc czy rezygnującego z urlopu dla dobra firmy to jest obraz wykreowany. Taki człowiek to pracownik wielkiej korporacji, który z pracy wychodzi dopiero wtedy, kiedy wyjdzie jego przełożony, bo wcześniej nie wypada. Najczęściej jest to godzina 19.00 czy 20.00. Pracownicy ci często w ciągu dnia pracują na pół gwizdka, a przykładają się dopiero po godzinach, bo za ten dodatkowy czas dostają wyższe wynagrodzenie. Dlatego w ciągu dnia wszędzie spotkać można w kawiarniach ludzi w garniturach, czytających gazety i popijających kawę. Po pracy idą z kolegami na piwo, bo inaczej będą wykluczeni. Do domu wracają około godziny 23.00.

- My najczęściej widzimy Japończyków obwieszonych aparatami i kamerami podczas zaledwie tygodniowej wycieczki po Europie. Czy rzeczywiście mają tak krótkie urlopy?

- Japończycy odpoczywają inaczej od nas, mają wolne dni w ciągu całego roku ze względu na mnóstwo świąt państwowych. A przysługujące im urlopy mają krótkie, tak więc na jakiś dalszy wyjazd rzeczywiście zostaje im tydzień - to jest norma.

- Czy Japończycy są religijni? Czy wraz z demokracją postępuje laicyzacja?

- Laicyzacja odbyła się w tempie bardzo przyspieszonym po drugiej wojnie światowej. Zjawisko to ma dwie przyczyny. W XIX w. Japonia sztucznie stworzyła szintoizm państwowy na bazie wierzeń lokalnych i przez to zatarła granice między tradycyjnym szintoizmem a japońskim buddyzmem. Rozerwało to naturalną więź ludzi z bóstwami lokalnymi i ze świątyniami buddyjskimi, które wcześniej służyły jako coś w rodzaju naszych parafii - prowadziły rejestry parafian itd. Następnie demokratyzacja zniosła religię państwową i odtąd nie ma już powrotu do przeszłości. Gdy pytałam moich znajomych Japończyków, czy we wskazanych świątyniach modlą się wyznawcy szintoizmu czy buddyzmu, żaden z nich nie umiał mi odpowiedzieć. Mówiąc w uproszczeniu - im jest wszystko jedno, do jakiego boga się modlą. Wpływ na to mają też znane nam mechanizmy związane z urbanizacją, wzrostem dobrobytu itd. Ale Japończycy są religijni, tylko na swój sposób. W przeciętnym domu stoi ołtarzyk buddyjski, a na nim tabliczki z imionami przodków. Rano przodkom stawia się ryż, a w ciągu dnia można się do nich modlić. Jest to powszechne w tych rodzinach, które zachowują ciągłość rodu, tzn. najczęściej w rodzinie najstarszego syna. Jego młodsi bracia są założycielami nowych rodów, więc dopóki oni sami nie umrą, ród nie ma przodków, do których można się modlić. Jest to bardzo silna tradycja.

- A jeśli w rodzinie nie ma syna?

- Pragmatyczni Japończycy mają mnóstwo sposobów, żeby taką sytuację obejść. Można np. zaadoptować męża córki, namówić go, aby przyjął rodowe nazwisko żony, i w ten sposób on będzie kontynuatorem rodu. A gdy małżeństwo w ogóle nie ma dzieci, może zaadoptować całkiem obce małżeństwo! Znam nawet adoptowanego w takim celu Polaka. Wszystkie te sposoby są społecznie akceptowane. Bo jeżeli nie zostanie zachowany cały rytuał obowiązujący rodzinę względem przodków - przechowywanie tabliczek z imionami, odprawianie odpowiednich rytuałów co ileś lat - to puszczone luzem duchy tych przodków nie tylko że nie będą pomagać rodzinie, ale mogą jej nawet szkodzić! O duchy trzeba dbać. Japończycy to wiedzą.

- Czy waga, jaką Japończycy przykładają do ciągłego doskonalenia się i wkładania wysiłku w zdobywanie umiejętności, opiera się na wartościach jakiejś religii?

- Jest to pozostałość po chińskim konfucjanizmie, na którym Japonia się ukształtowała. Od dawna w tym narodzie uważało się, że wartość człowieka zależy w dużej mierze od jego umiejętności i wysiłku włożonego w ich zdobycie. Docenia się nawet tych ludzi, którzy nie potrafią czegoś zrobić, ale wykazali maksimum wysiłku, podjęli próbę. To jest właśnie szeroko pojęty szacunek do czyjejś pracy. Jest w tym coś ujmującego.

- Ostatnio ukazały się w Polsce dwie książki etnologiczne na temat Japonii i Japończyków: Chryzantema i miecz Ruth Benedict oraz Japoński wachlarz Joanny Bator. Pierwsza należy do klasyki literatury antropologicznej, druga wyróżniona została Paszportem "Polityki". Jak je Pani odbiera?

- Ruth Benedict nigdy nie była w Japonii, a swoją wizję Japonii oparła na rozmowach z Japończykami mieszkającymi w USA. Mimo to napisała książkę wybitną, przedstawiając Japonię w bardzo spójny sposób. Szukała pewnych wzorów kultury i je odnalazła. Japończycy uwielbiają czytać "Chryzantemę i miecz", bo dzięki tej książce utwierdzają się, że są genialni. Niechcący autorka przyczyniła się do budowy teorii japońskości Japończyków. Oni uważają bowiem, że są wyjątkowi i lepsi niż inni ludzie. Natomiast książka Joanny Bator napisana jest sprawnie, dobrze się ją czyta, ale chyba jednak znam Japonię dużo lepiej niż autorka, dlatego dla mnie książka ta jest powierzchowna i mało ciekawa. Ale doceniam wysiłek autorki - to właśnie najbardziej się w Japonii liczy.

- Dziękuję za rozmowę.


Dr Elżbieta Kostowska-Watanabe ukończyła socjologię na UW, stopień doktora uzyskała w roku 1978. Rok później wyjechała do Japonii, gdzie w latach 1986 - 2003 wykładała socjologię na Uniwersytecie Chuo w Tokio. Była pierwszym prezesem Klubu Polskiego w Japonii i redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Gazeta Klubu Polskiego". Od października roku 2003 prowadzi zajęcia w Katedrze Etnologii UMK.

Wśród jej publikacji są m.in. "Idea równości społecznej" (Wiedza Powszechna 1983), "Sekret japońskiego sukcesu" (razem z A. Ishikawa, red., tłum.), "Małe przedsiębiorstwa w Japonii" (Przegląd Organizacji Nr. 6-10, 1988), "Forma i treść: pozycja społeczna kobiet w Japonii" (w: "Władza i struktura społeczna", Scholar 1999); publikowała także w j. japońskim.

(kin)
Poczatek stronyStrona Głosu UczelniUniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu