|
Dzieje naszego Uniwersytetu bogate są w dramatyczne chwile, zresztą
z zasady niewynikające z konfliktów wewnętrznych w uczelni, ale z działań
politycznych sił zewnętrznych, które zawsze chciały i chcą przyporządkować
swoim bieżącym potrzebom tę instytucję, górującą moralnie i intelektualnie
nad światem bieżących potrzeb władzy. Tych kilka urywków wspomnień przypomina
jedną ze smutnych chwil w historii naszego Uniwersytetu. Jest to rejestracja
jednostkowa, osobista, jednostronna, a nie staranne studium historyczne.
Ciągle oczekujemy na wspomnienia i opinie tych, którzy w tamtym trudnym
czasie byli po stronie władzy, po stronie siły. Wiedzą więcej, ale niech
to opublikują. Dobrze byłoby zestawić te racje, bo to jest wstęp do poszukiwania
prawdy.
W ciepły wieczór niedzielny 6 VI 1982 r. wsiadłem w Poznaniu do spóźnionego
pociągu międzynarodowego relacji Warszawa-Paryż. Zawieźć miał mnie do Kolonii,
skąd było już tylko kilkanaście minut jazdy do Bonn. Tam oraz w Trewirze,
a następnie w Monachium i Berlinie Zachodnim miałem możliwość spokojnego
pracowania przez półtora miesiąca w bibliotekach, jako stypendysta SPD-owskiej
fundacji - Friedrich-Ebert-Stiftung. Większość przedziałów pociągu była
pusta, w Polsce obowiązywał stan wojenny, granica była uchylona dla nielicznych.
W ciągu podróży miało miejsce tylko jedno, ale zabawne i pouczające
zdarzenie. Do przedziału 2 klasy starego francuskiego pulmana - siedziałem
w nim samotny, czytając w zapadającym mroku "Politykę" - po zakończeniu
kontroli granicznej, zaraz po ruszeniu pociągu z Frankfurtu nad Odrą, wszedł
młody człowiek. Zwrócił się do mnie pewnym głosem, abym opuścił przedział.
Odpowiedziałem, że nie widzę ku temu żadnego powodu, a przy tym tu właśnie
znajduje się miejsce, na które wykupiłem miejscówkę. Wówczas człowiek ten
błyskawicznie pozaciągał żaluzje we wszystkich oknach i w półmroku przystąpił
do nicowania oparcia - ze sztucznej skóry - siedzeń po przeciwnej ode mnie
stronie. Na korytarzu, na czujce stał jego "koleś", w jaskrawo czerwonej
koszuli ze sztucznego jedwabiu. Mógłby on być ozdobą zespołu muzycznego
na podrzędnym dancingu albo występować jako "prawdziwy Cygan" - urodę miał
też bałkańską. Z wymiany zdań z pospiesznie pracującym głównym operatorem
dowiedziałem się, że między sprężynami oparcia ma on "wszyty towar". Okazały
się być nim cztery nowoczesne, nieduże grzejniki elektryczne polskiej produkcji.
Znikły błyskawicznie w dwóch torbach. Gdy naiwnie zapytałem: "czy się to
opłaca wwozić do NRD?" - młody gastarbeiter wyjaśnił, że w tym kraju przodującego
przemysłu socjalistycznego nie produkuje się w ogóle radiatorów elektrycznych.
Ma to zapewnić rzeczywiste oszczędzanie deficytowej energii elektrycznej.
On weźmie za każdy po 300 marek DDR, co razem da 1200, a więc więcej niż
wynoszą średnie miesięczne zarobki w NRD. Były oczywiście znaczne wydatki
w Polsce, ale widać rzecz cała opłacała się, zwłaszcza przy właściwym doborze
"towaru" na drogę powrotną do kraju. Jest oczywiste, że "wszywano towar"
w czasie postoju składu pociągu na stacji Warszawa-Grochów, raczej nie
bez stosownie opłaconego udziału jakichś kolejarzy. Takim to sposobem polska
drobna, nielicencjonowana prywatna inicjatywa podgryzała, nawet w czasie
stanu wojennego, pięknie wymodelowany system oszczędnej gospodarki NRD,
na dalekim miejscu stawiający pragnienia jej poddanych do siedzenia zimą
w ciepłym pokoju.
Poza tym incydentem miałem w czasie jazdy, przerywanej tylko kolejnymi
kontrolami wschodnioniemieckimi, dużo czasu na różne refleksje. Przede
wszystkim byłem zdumiony tym, że "właściwe organy" zdecydowały się wydać
mi paszport służbowy. Wieczorem 28 XII zabrano mnie z domu z oczywistym
zamiarem zawiezienia do obozu internowanych i dopiero po kilku godzinach,
różnych naradach itp. zdecydowano się odesłać do domu, pewnie dlatego że
ciągle jeszcze byłem prorektorem UMK. Jeszcze w maju było u nas dwóch drabów,
rzekomo w poszukiwaniu ukrywającego się dr. Zaleskiego. Za żoną często
chodzili tajniacy. Toteż otrzymanie paszportu w tamtym smutnym roku nie
było sprawą normalną. Co więcej, już wkrótce miałem skorzystać z niego
ponownie. Po powrocie z Niemiec, we wrześniu poleciałem na dwa tygodnie
do Francji, na tzw. misję, jako gość paryskiego MSZ-u. W dyskusjach niektórzy
z przyjaciół przypuszczali, iż być może w Komendzie MO przy Grudziądzkiej
po cichu liczono, iż "wybiorę wolność" na Zachodzie, co byłoby spektakularnym
przykładem na to, jakich to sprzedawczyków popierała uniwersytecka "Solidarność".
Dodać warto, iż wówczas i w następnych latach wśród pozostających na Zachodzie
pracowników UMK procent partyjnych był większy niż "upartyjnienie" ogółu
kadry Uczelni. Owa hipoteza, co do mefistofelowego powodu wydania mi paszportu
nie bardzo jednak wydaje się prawdopodobna. Być może wpływ na decyzję miał
pułkownik Grochowski, pragmatyczny szef wojewódzki SB.
Istotniejsze było pytanie - czy w końcu lipca będę wracał do Torunia
jeszcze jako prorektor uniwersytetu, czy też wraz z kolegami zostanę w
najbliższych dniach zdjęty przez pana ministra Miśkiewicza, przy stałych
w tej sprawie sugestiach miejscowej WRON-y oraz towarzyszy z KW PZPR i
KW MO. Do wiosny 1982 r. usunięto bowiem wybranych demokratycznie rektorów
i część ich zespołów prorektorskich i dziekańskich, na większości uniwersytetów
i w części innych polskich szkół wyższych. Zresztą większość szkół wyższych,
lokalnego charakteru, była "zdyscyplinowana". Na Uniwersytecie w Toruniu
początkowo głównym obiektem ataków byłem ja. Mówiono w styczniu 1982 r.,
że powinienem być usunięty z funkcji, figurowałem też na liście osób przewidzianych
do wyrzucenia z pracy lub odsunięcia od prowadzenia zajęć ze studentami.
Obejmowała ona kilkadziesiąt nazwisk, pamiętam, że było na niej, obok innych,
nazwisko prof. Hutnikiewicza i mojej żony. Pamiętano mi wystąpienie na
wiecu chłopskim w auli, udział w ciałach starających się uspołecznić oświatę
w kraju i w Toruniu, pewnie też pełnienie funkcji doradcy kierownictwa
"Solidarności" regionu toruńskiego mojej żony. Zresztą Bóg raczy wiedzieć,
co jeszcze donieśli lub wymyślili na mnie zawodowi i ochotniczy szpicle.
W następnych jednak miesiącach głównym obiektem wrogości lokalnych władz
komunistycznych i aparatu bezpieczeństwa był Władek Bojarski. Widoczne
to stało się zwłaszcza po rozmowie telefonicznej z ówczesnym szefem KW
MO płk. Marcinkowskim. Zażądał on szybkiego postępowania dyscyplinarnego
wobec grupki studentów zaangażowanych w podziemną działalność NZS-u, a
Władek swym flegmatycznym basem przypomniał panu pułkownikowi o konieczności
przestrzegania zasad procedury prawnej, po czym tamten trzasnął słuchawką.
Denerwował władze jego ojcowski stosunek do studentów i popularność wśród
nich, przypomniano sobie o jego zakonnej przeszłości. Nieprzychylne mu
opinie płynęły też ze strony niektórych osób z uczelni.
Jedynym partyjnym w naszym zespole był prorektor Jan Kopcewicz. Występował
on wobec tego jako pośrednik między nami a władzami lokalnymi z Wojewódzkim
Komitetem Obrony na czele. Od wiosny, gdy nasze stosunki z tymi władzami
uległy całkowitemu zamrożeniu i tylko w odpowiedzi na ich pisma z najróżniejszymi
zarzutami odpowiadaliśmy obszernymi epistołami, Kopcewicz był już tylko
jedynym łącznikiem i informatorem o tym, co tamci mówią. Kiedyś na boku
dał do zrozumienia Staszkowi Dembińskiemu, iż tamci uważają, że jeśli da
na pożarcie Władka, to może przetrwać na stanowisku rektora. Byłoby to
zastosowanie przez władze w naszej małej skali zasady "salami", na którą
tak komunistyczne władze i ich socjotechnicy liczyli w walce z opozycją
demokratyczną w Polsce po 13 XII. Władek dla dobra uczelni gotów był ustąpić.
Zresztą wcześniej podobnie uważałem i ja, gdy obiektem ich pretensji w
styczniu i lutym była moja osoba. Zdecydowanie przeciwny był jednak temu
Magnificus, tak z powodów pryncypialnych, jak i koleżeńskich.
Dopełniliśmy miary naszej "nielojalności", gdy nie poszliśmy przytupywać
przed miejscowymi notablami na pochodzie pierwszomajowym 1982 r. Zwłaszcza
że oficjalnie ogłoszono, iż udział w tej kiepskiej inscenizacji będzie
wyrazem aprobaty polityki władz, włącznie z wprowadzeniem stanu wojennego.
Podobnie zbojkotowała ten pochód zdecydowana większość pracowników naukowych
uczelni, nie mówiąc już o studentach. W czasie akademii 1-majowej i 3-majowej
wokół auli UMK stało więcej ZOM-owców niż w środku było słuchaczy, a na
sąsiednich przystankach autobusowych wyłapywano i wpędzano do "suk" Bogu
ducha winnych studentów. Odpowiedzieli oni na to imponującym happeningiem
na osiedlu "A", wyrzucając z okien górnych pięter domów studenckich setki
palących się "Trybun Ludu" i wznosząc skandowane setkami gardeł okrzyki
w rodzaju "WRON-a skona!" Słuchać je było na kilometr dookoła.
Od maja 1982 r. wyczekiwaliśmy decyzji o usunięciu nas ze stanowisk
rektorskich, zresztą w istniejącej sytuacji bardzo ciążyły nam te godności.
A tymczasem do chwili mego wyjazdu, mimo różnych ataków propagandowych
na uczelnię, np. ze strony partyjnych kolejarzy z Kluczyków albo "prawdziwych"
przedstawicieli klasy robotniczej z Grudziądza, jakoś nie wyrzucano nas
z budynku rektorskiego. Byłem jednak prawie pewien, że nastąpi to w czasie
mego pobytu w Niemczech. Toteż przed wyjazdem popodpisywałem pism służbowych,
co tylko było można, zwłaszcza jeśli idzie o sprawy awansów, przedłużeń
umów o pracę itp. Tę wyprawę traktowałem po części jako swego rodzaju wczasy
psychiczne, ucieczkę od ciężkiej atmosfery kraju, miasta i uczelni.
W trakcie mego miesięcznego pobytu w Bonn, gdzie mieszkałem w SPD-owskim
pensjonacie na Venusbergu, pojechałem do Marburga nad Lahnem. Zawiózł mnie
swym wozem mój dobry znajomy prof. Udon Arnold z uniwersytetu w Bonn. Był
on równocześnie przewodniczącym starej, założonej jeszcze w Królewcu, chyba
w 1923 r., Kommission für Geschichte des Ost- und Westpreussen. W tym uniwersyteckim,
pięknie położonym na wzgórzach mieście odbywało się właśnie doroczne posiedzenie
tej komisji. Zresztą później zostałem jej członkiem. Arnold miał zwyczaj
na część naukową posiedzenia komisji zapraszać jednego z uczonych polskich,
najczęściej z Torunia. Ja wystąpiłem w 1989 r. w Lüneburgu. Natomiast w
Marburgu obok innych wystąpił z referatem prof. Marian Biskup. Podczas
spotkania zwiedzaliśmy również bibliotekę i pracownie Ost Institut. Odbyłem
też, a było to 18 VI 1982 r., rozmowę z p. drem Mrowką, czyli raczej poczciwą
mazurską Mrówką, rodem gdzieś spod Giżycka. Otóż p. Mrowka, który właśnie
wrócił z Mazur, a po drodze zatrzymał się u Heńka Rietza w Toruniu, wypytywany
przeze mnie, czy coś mu mówiono o usunięciu władz rektorskich UMK, najpierw
wysoko ocenił postawę społeczności uczelnianej naszego Uniwersytetu w warunkach
stanu wojennego, choćby w porównaniu ze środowiskiem olsztyńskim, a następnie,
drapiąc się za uchem, oświadczył, że chyba nadal są one niezmienione. Było
to dla mnie niemałym zaskoczeniem.
Do Torunia z Bonn wracałem przez Monachium i Berlin Zachodni. W mieście
nad Izarą spotkałem się kilkakroć, z jego zresztą inicjatywy, z dr. Witoldem
Pronobisem, kolegą z Zakładu. Ten nadzwyczaj obrotny człowiek w maju 1982
r. wyjechał samochodem pełnym książek i innych rzeczy na fikcyjną konferencję
naukową w Monachium. Jak mi powiedział, wyjechał z postanowieniem zostania
tam, aby "spędzić drugą połowę życia w normalnym świecie". Jaka była pełna
motywacja jego decyzji - trudno powiedzieć. Pokazując mi Szwabing i Ogród
Angielski, nie omieszkał ze szczególną pilnością obejść budynku Radia Wolna
Europa, gdzie na murach ogrodzenia były zamontowane kamery telewizyjne.
Poradziłem mu, aby dla zachowania przyzwoitości wystosował pismo do władz
uczelni z przeprosinami i z prośbą o formalne rozwiązanie stosunku pracy.
Zdaje się, że po pewnym czasie rzeczywiście je nadesłał.
W Berlinie Zachodnim zatrzymałem się na zaproszenie państwa Biskupów,
ale gościł mnie w swoim mieszkaniu przez cztery doby prof. Gerard Labuda.
I Labuda, i Biskupowie przebywali właśnie, w gorący czas jesieni 1981 i
wiosny 1982 r., na rocznym, dość lukratywnym, zaproszeniu instytucji zwanej
Akademią Berlińską, z obowiązkiem wygłoszenia jednego odczytu dla szerszej
publiczności oraz uczestniczenia we wspólnych, wykwintnych obiadach i w
dyskusjach przy kawie po nich w pięknej willi. U Biskupów odwiedziła mnie
pewna pani adiunkt UMK z zakładu prof. Woźnickiego z fizyki, która już
przekroczyła czas, na jaki uzyskała urlop naukowy z uczelni. Poradziłem
jej, do kogo i jakie pisma ma napisać. Ale nic to nie pomogło, wolała zostać
w Berlinie, gdzie wyszła za jakiegoś stróża z muzeum. Z zakładu Woźnickiego
zostało na Zachodzie szereg osób. Wszyscy oni, zgodnie z życzeniem ich
szefa, byłego rektora UMK, byli członkami PZPR.
Prof. Labuda, którego bliżej poznałem w 1973 r., w czasie gierkowskiego
II Kongresu Nauki Polskiej, okazał się być nie tylko znakomitym interlokutorem
intelektualnym - co jest oczywiste - ale sympatycznym i bezpretensjonalnym
gospodarzem. Do dziś pamiętam, jak wczesnym rankiem, przed moim wyjazdem
z Berlina do kraju nie dość, że budził mnie o świcie, ale jeszcze usmażył
mi jajecznicę po kaszubsku, tzn. z dodatkiem mleka. Wielki ten uczony przeżywał
w tym czasie duże rozterki duchowe. W Berlinie był sam, bez małżonki, która
opiekowała się wnukami. Synowa we Wrocławiu, współpracująca z Frasyniukiem,
najpierw się ukrywała, potem została aresztowana. Jej mąż, romanista, był,
zdaje się, internowany. Drugi z synów, chyba fizyk, nie mógł się doczekać
paszportu, aby wyjechać na badania do Getyngi. Z kraju płynęły same smutne
wieści. Uczony ten bardzo nisko oceniał cały system PRL-owski. Z pogardą
wymieniał "katolika" Ozdowskiego, jako oczywistego karierowicza, wówczas
jednego z wicepremierów.
Ze smutkiem mówił o zmarnowaniu cywilizacyjnym Ziem Zachodnich. Dla
prof. Labudy miałem i mam głęboki szacunek. W 6 lat później z satysfakcją
mogłem na posiedzeniu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Historycznego,
odbytym w Toruniu 2 IX 1988 r., poprzedzającym Walne Zgromadzenie PTH,
zadać pytanie - czemu dotąd prof. Labuda nie jest członkiem honorowym naszego
stowarzyszenia? Wywołało to konsternację kolegów poznańskich, którzy do
tego jakoś nie spieszyli się, a i innych. Po pewnej, dosyć chaotycznej
dyskusji, sprawa przeszła. Następnego dnia Walne Zgromadzenie uchwaliło
członkostwo honorowe dla Labudy oraz redaktora Andrzeja Wakara z Olsztyna,
mego doktora, który - choć od dawna partyjny - odważnie zachował się w
stanie wojennym; kosztowało go to prezesurę Wydawnictwa "Pojezierze", które
bez niego wkrótce padło.
Do Torunia powróciłem 17 VII 1982 r. Rzeczywiście okazało się, że nadal
jeszcze jesteśmy w pełnym, czteroosobowym składzie "u władzy". Ale co to
była za władza. W czasie mojej nieobecności w kraju, w czerwcu pojechała
do Warszawy delegacja kilku profesorów, m. in. Hutnikiewicz i Rysiek Bohr
- były rektor i poseł - która próbowała występować w naszej obronie w jakichś
dykasteriach ministerialnych. Być może, to nas na jakiś czas uratowało.
Jednak cały czas musiały toczyć się rozmowy między lokalnymi władzami stanu
wojennego a ministerstwem. My jednak o tym niczego nie wiedzieliśmy. Trudno
też powiedzieć, czy w ogóle lub w jakim stopniu byli o tym informowani
- doc. Czesław Niedzielski, po czystkach w uniwersyteckiej organizacji
partyjnej nowy I sekretarz KU PZPR, i Jan Kopcewicz.
Nadszedł martwy miesiąc w życiu uniwersytetu - sierpień, kiedy nie ma
studentów i bardzo wielu pracowników. Ja miałem w tym czasie być jedynym
urzędującym rektorem. Władek z Agnieszką pojechali do rodziny pod Warszawą.
Staś udał się do swej zagrody, pięknie położonej w odosobnieniu, wśród
pól i lasów, w odległym od Torunia około 20 km Smogorzewcu. Jana Kopcewicza
też nie było widać. Dni były gorące i leniwe.
Chyba 3 VIII zadzwoniono z Warszawy, że następnego dnia z Ministerstwa
Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki przyjedzie do nas specjalna komisja.
Celu jej przybycia nietrudno było się domyślić. Czas był dobry, uniwersytet
pusty. Poleciłem zawiadomić Stasia i przywieźć go 4 VIII samochodem rektorskim
ze Smogorzewca. Władka powiadomiliśmy już po wszystkim ezopową depeszą,
ale ten słusznie uznał, że szkoda przerywać sobie wypoczynek, gdy jego
obecność w Toruniu i tak niczego zmienić nie może.
Przyjechali 4 VIII limuzyną, gdzieś około południa. Zdaje się, że przedtem
byli jeszcze u miejscowych władz. Było trzech - jeden generał brygady,
chuderlawo wyglądający w letnim mundurze, jeden zwalisty wiceminister i
jeden ugrzeczniony, wysztafirowany, z potężną teką, wicedyrektor departamentu.
Byli to kolejno: drugi na stanowisku komisarz wojenny w ministerstwie -
generał Żak, wiceminister Sablik oraz wówczas, wicedyrektor departamentu
studiów uniwersyteckich i pedagogicznych Mariański, zastępca Stemperskiego.
W holu gmachu rektoratu nikt na nich nie oczekiwał, choć Staś i ja byliśmy
w gabinecie rektorskim. Po prostu nie zapowiedzieli się oni do rektora
na określony czas. Podobno, wedle jednej z portierek, gdy po wejściu do
holu mieli trudności ze znalezieniem na tablicy informacyjnej numeru pokoju
na VI piętrze, w którym była siedziba KU PZPR, któryś z tych panów zauważył:
"czy na uniwersytecie w ogóle jest jeszcze partia?" Towarzysze z nomenklatury
ciągle, z nienawiścią, pamiętali o tu zapoczątkowanych "strukturach poziomych".
Nie przypadkiem jedyną w kraju rozwiązaną, w początkach stanu wojennego,
całą organizacją partyjną była organizacja PZPR-owska na UMK. Co ją zresztą
raz na zawsze osłabiło.
Na VI piętrze rektoratu, w siedzibie Komitetu na komisję ministerialną
oczekiwano. Narady trwały tam dosyć długo. W końcu telefonicznie zapowiedziano,
że wysłannicy z Warszawy zjeżdżają na II piętro, tj. do gabinetu Magnificencji.
Towarzyszył im, zdaje się, doc. Niedzielski. Powitanie było suche. Panowie
zażyczyli sobie najpierw rozmowy tylko z rektorem Dembińskim. Trwała ona
dosyć długo, może do godziny. Potem poproszono i mnie do tego towarzystwa.
Wiceminister Sablik po paru słowach zadał mi pytanie, czy w istniejącej
sytuacji, wobec rzekomego stracenia możliwości sprawowania obowiązków prorektorskich,
gotów jestem sam zrezygnować ze swej funkcji? Ale natychmiast, gdy tylko
zdążyłem powiedzieć, że nie, bez prób przekonywania mnie stwierdził, iż
wobec tego, podobnie jak rektor Dembiński, z dniem dzisiejszym zostaję
odwołany przez ministra. Podobnie odwołany zostaje prorektor Bojarski.
Urzędowaliśmy więc "aż" 11 miesięcy i 4 dni.
Komiczne manewry w czasie tej wymiany zdań wykonywał, zaczerwieniony
i spocony, wicedyrektor Mariański. Przy lewej nodze trzymał otwartą tekę.
Widać było w niej dużą ilość wypisanych na grubym papierze dokumentów.
Mariański w miarę przebiegu rozmowy nerwowo przebierał je paznokciem. Najwidoczniej
były tam przygotowane dokumenty na różne sytuacje. I takie, gdybyśmy rezygnowali
sami, i te, które nam wręczono, odwołując nas z zajmowanych stanowisk decyzją
ministra.
W momencie wręczenia mi tego pisma oświadczyłem, że za prawomocne uznać
mogę odwołanie mnie tylko przez moich wyborców, a tego rodzaju działania
represyjne nie służą ani uniwersytetowi, ani nie zdobędą dla władzy sympatii
w społeczności akademickiej. Szerzej to rozwinąłem, gdy przeszliśmy na
dyskusję do sąsiedniej sali posiedzeń. Doszedł tam jeszcze Niedzielski,
który zresztą później, jako I sekretarz partii, skierował listy z podziękowaniami
za pełnienie w trudnym czasie obowiązków rektorskich, do Stasia i do mnie,
ale już nie do Władka Bojarskiego.
W czasie tego posiedzenia, pod wpływem naszych głosów Sablik, nieopatrznie
dlań, złożył zobowiązanie przyjazdu jesienią na któreś z posiedzeń Senatu.
Miał tam przedstawić reprezentantom społeczności uniwersyteckiej szersze
uzasadnienie i wyjaśnienie powodów usunięcia naszej trójki. I rzeczywiście,
w końcu, przyjechał do Torunia 21 X 1982 r. Zaproszono na posiedzenie Senatu
i naszą trójkę. Przygotowaliśmy wówczas, noszące datę 28 IX 1982 r., oświadczenie,
które odczytał Stanisław. Było ono wykładnią naszych poglądów. Doszło do
zasadniczej dyskusji, ja też dosyć mocno występowałem, w wyniku czego p.
wiceminister w niektórych punktach zgodził się po części z argumentami
naszej strony. Tego rodzaju dyskusja bardzo nie spodobała się lokalnym
kręgom partyjnym i policyjnym i podobno miała jakiś wpływ na szybkie pozbycie
się Sablika przez niezrównanego "epuratora" - ministra, pułkownika rezerwy,
prof. Benona Miśkiewicza, z poznańskiego UAM-u.
Wracając do 4 VIII 1982 r., warto przytoczyć in extenso
dokument odwołania mojej osoby. Oto jego treść: "Warszawa, dnia 4 [ręcznie wpisane] sierpnia
1982 r. Obywatel doc. dr hab. Sławomir Kalembka, Prorektor Uniwersytetu
Mikołaja Kopernika w Toruniu. Na podstawie art. 13, ust. 4, ustawy z dnia
5 listopada 1958 r. o szkolnictwie wyższym [w maju 1982 r. uchwalono nową
ustawę!] Dz. U. z 1973 r. nr 32, poz. 191 - odwołuję Obywatela Docenta
ze stanowiska prorektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu z dniem
4 sierpnia 1982 roku. Jednocześnie wyrażam obywatelowi Docentowi podziękowanie
za całokształt jego pracy dla Uczelni. W/z Ministra, Podsekretarz Stanu
- mgr Jerzy Sablik". [Pieczęć okrągła ministerstwa]. To prawdziwa logika
PRL-u: praca godna "podziękowania, za całokształt", jest podstawą do zwolnienia!
Tegoż 4 VIII późnym popołudniem pojechałem ze Stasiem do jego zagrody
w Smogorzewcu. Przyjechało tam też kilku innych kolegów uniwersyteckich.
Był prof. Michał Dembiński. Gdy rozważaliśmy przy kolacji - spożywanej
na dworze - ostatnie wydarzenia, niespodziewanie zajechał samochód terenowy,
wiozący "elektryków" dla rzekomego sprawdzenia, czy nie należy wymienić
licznika. Tyle, że licznik ten był całkiem niedawno wymieniany. Nietrudno
było poznać, który z dwóch elektryków, jacy weszli na podwórze, jest specjalistą
z całkiem innej dziedziny. Prawdziwego elektryka poczęstowałem kieliszkiem
wódki, a temu drugiemu powiedziałem: "Pan zapewne prowadzi wóz, to Pana
nie poczęstuję!" Zresztą był ze mną zgodny. Wielu takich "elektryków",
wyposażonych w imponujące torby, kręciło się po i wokół akademików i stołówek
w okresie strajków studenckich i w pierwszych miesiącach stanu wojennego.
W jakieś dwa tygodnie po nas usunięto zespół rektorów uniwersytetu we
Wrocławiu. Była to ostatnia z ekip kierowniczych uczelni wyrzuconych ze
stanowisk w tamtym czasie. Postąpiono tam bardziej przebiegle niż z nami.
Odwołano jedynie rektora Łukaszewicza, choć podobno próbował za nim wstawić
się prymas Glemp. W tej sytuacji jego prorektorzy, poza jednym, który się
cofnął, a wśród nich i Wojtek Wrzesiński, sami złożyli rezygnację, minister
je oczywiście skwapliwie przyjął.
Na uczelni toruńskiej wówczas dalszej "czystki" nie prowadzono. Jedynie
we wrześniu sami złożyli rezygnacje, nie widząc możliwości dalszego działania
w nowych warunkach, dziekan Wydziału Prawa i Administracji, stary AK-owiec
z Rzeszowskiego, znawca prawa morskiego, prof. Łopuski, oraz lojalna z
nim prodziekan doc. Alicja Grześkowiak.
Kolejna czystka przyjdzie po zmianie ustawy o szkolnictwie wyższym w
1985 r. Usunięto wówczas prorektora do spraw nauczania Władka Wincławskiego
i dziekana Wydziału Humanistycznego Kazika Wajdę. Obaj byli wybrani zdecydowaną
większością głosów, obaj działali sprawnie, obaj oczywiście z humanistyki,
która była szczególnie "ulubionym" wydziałem partii i bezpieki i to już
chyba od 1950 r., jeśli nie wcześniej. Tym razem dobrze wystraszony i przerzedzony
Senat bał się nawet uchwalić, na co wskazywała żałosna w tonie dyskusja,
mój wniosek (byłem wówczas, ale już tylko do września 1985 r., delegatem
do Senatu) o negatywnej ocenie tej kolejnej arbitralnej i szkodliwej decyzji
personalnej władz.
Powracając do 1982 r., przypomnieć warto, że niezadługo po wyrzuceniu
nas z rektorstwa, chyba w październiku, pozbyto się ze stanowiska I sekretarza
KW PZPR w Toruniu tow. Edmunda Hezy, zwanego przez niektórych uniwersyteckich
partyjnych "towarzyszem Tezą". Ten były adiunkt w Instytucie Historii i
Archiwistyki UMK, a wcześniej były kleryk, może już nawet diakon w seminarium
OO. Misjonarzy, odegrał pierwszorzędną i aktywną rolę w atakach na Uniwersytet,
jego władze, też na uniwersytecką organizację partyjną. Kiedy jednak wypełnił
swą niewdzięczną rolę w trudnym dla partii okresie, jesienią 1981 r. i
w pierwszych miesiącach stanu wojennego, stał się niewygodny dla aparatu
partyjnego. Zbyt poważnie i dosłownie traktował swoje obowiązki, ale też
swoich podwładnych. Na uczelnię chyba w ogóle nie zamierzał wracać, bo
i nie bardzo miał po co, przez zdecydowaną większość kolegów był ignorowany,
a ponadto przez długoletnie sekretarzowanie wyjałowił swój warsztat historyka
starożytności. Poszedł więc do Warszawy, gdzie przez kilka lat pilnował
sprzątaczek jako wicedyrektor w resortowym instytucie Ministerstwa Kultury
i Sztuki. Później przeszedł do KC na jakieś urzędnicze stanowisko średniego
szczebla.
Na miejsce Hezy przyszedł z Grudziądza podrzędny aparatczyk Dramiński
- bezbarwna figura, dbająca jedynie o utrzymanie się na stanowisku, którego
osiągnięcie kilka lat wcześniej przekraczało jej marzenia. Znana jest historia,
że na jakimś zebraniu, chyba sprawozdawczo-wyborczym partii na uniwersytecie,
zapytał sąsiada: "towarzyszu, a kto towarzyszowi Niedzielskiemu takie dobre
referaty pisze?" W głowie tego człowieka nie mieściło się, że sekretarz
partii może sobie sam - i to jeszcze dobrym językiem - napisać publiczne
wystąpienie.
Przypadek Hezy jest jednym z wielu pokazujących, jak ludzie, nawet uczciwi
i stojący na pewnym poziomie intelektualnym, gdy wciągnięci zostaną w tryby
partyjnej kariery, zostają zmarnowani. Heza miast po latach zostać potrzebnym
i szanowanym profesorem dziejów Grecji starożytnej, stał się szkodnikiem
własnego Uniwersytetu.
Sławomir Kalembka
|